„W kulturze bez prawdy istnieje ryzyko wypaczenia miłości” – Benedykt XVI – czyli rozważania o miłości

Qwerty

W pierwszej encyklice Benedykt XVI zwrócił uwagę na to, że: Termin miłość stał się dziś jednym ze słów najczęściej używanych i także nadużywanych, którym nadajemy znaczenia zupełnie różne („Deus caritas est, 2”).

Rzeczywiście, wypowiadając słowo miłość stajemy przed oceanem znaczeń, terminów do którego każdy, przeważnie subiektywnie, dołożyć chce własną kropelkę znaczeń. Szybko przekonujemy się, że na rozległym horyzoncie znaczeń semantyka słowa miłość przedstawia się jako: miłość do ojczyzny, pracy, rodziców, dzieci, przyjaciół. Mówimy również o miłości pomiędzy rodzeństwem i krewnymi i wreszcie jako miłość bliźniego i Boga. Tyle w materii tego, że miłość należy do słów najczęściej używanych.

Nic tak człowieka nie boli, jak nadinterpretacja słów, czy zachowań. Tak samo sprawa ma się z miłością. Termin ten jest rzeczywiście nadużywany. Przed oczami staje mi grupa młodych dorastających ludzi z którymi odbywałem spotkanie i rozmawialiśmy na tematy damsko-męskie. Kiedy jednak padło z moich ust pytanie: Co to jest miłość? Panowie interpretowali ją jednoznacznie z seksem. Pamiętam jednego ze śmiałków, jak chciał zabłysnąć i powiedział publicznie: Dla mnie miłość, to jest seks. Mnie natychmiast przyszło do głowy pytanie, które zadałem mu publiczne: Czy kocha swoją mamę? Odpowiedź była jednoznaczna, że tak.
W tym momencie z moich ust padło zbyt brutalne stwierdzenie: To na co czekasz! Po spotkaniu długo rozmawialiśmy i widziałem, jak ta prowokacyjna podpowiedź wprowadziła myślenie tego człowieka na właściwe tory.

W naszym porządkowaniu znaczenia słowa miłość, powracamy do tego, co mówi nam papież Benedykt XVI: Miłość między mężczyzną i kobietą, w której ciało i dusza uczestniczą w sposób nierozerwalny i w której przed istotą ludzką otwiera się obietnica szczęścia, pozornie nie do odparcia, wyłania się jako wzór miłości w całym tego słowa znaczeniu, w porównaniu z którym na pierwszy rzut oka każdy inny rodzaj miłości blednieje (Tamże).

Powiem szczerze, że znam takie przypadki zakochania, w której człowiek odkrywał na własnym przykładzie, że ciało jest więzieniem dla duszy. Coś we wnętrzu Pana i Pani wyrywało się do tej drugiej połowy. W tej perspektywie pojawiały się wspólne marzenia i przez drzwi serca wchodziła we wspólne życie obietnica szczęścia. W tych okolicznościach miłość staje się wspólną perspektywą, a nade wszystko Szekspirowską poezją, która w rytm Sonetu CXVI mówi do każdego z nas:

Nie ma miejsca we wspólnej dwojga serc przestrzeni
Dla barier, przeszkód. Miłość to nie miłość, jeśli,
Zmienny świat naśladując, sama się odmieni
Lub zgodzi się nie istnieć, gdy ją ktoś przekreśli.
O, nie: to znak, wzniesiony wiecznie nad bałwany,
Bez drżenia w twarz patrzący sztormom i cyklonom
Gwiazda zbłąkanych łodzi, nieoszacowanej
Wartości, choćby pułap jej zmierzył astronom.
Miłość to nie igraszka Czasu: niech kwitnące
Róże wdzięków podcina sierpem zdrajca blady –
Miłości nie odmienią chwile, dni, miesiące:
Ona trwa – i trwać będzie aż po sam skraj zagłady.
Jeśli się mylę, wszystko inne też mnie łudzi:
Że piszę to; że kochał choć raz któryś z ludzi

Czytając klasyków, nie sposób nie nadmienić i tego, że każdy, kto autentycznie kocha musi się liczyć poważnie z tym, że każda ludzka miłość musi przejść przez jakąś próbę, i z tym, że wówczas dopiero okaże się jej prawdziwa wartość („Miłość i odpowiedzialność”, s. 123).
W perspektywie próby, kryzysu szczególnego znaczenia nabiera podpowiedź, że: Tylko w prawdzie miłość jaśnieje blaskiem i może być przeżywana autentycznie. („Caritas in veritate, 3”). Rzeczywiście, w godzinie, tygodniu, miesiącu, nie daj Boże latach próby, jedynie prawda jest tym światłem, które może nadać miłości sens i wartość.

To prawda przekonuje nas o tym, że: Miłość oderwana od poczucia odpowiedzialności za osobę jest zaprzeczeniem samej siebie, jest zawsze z reguły EGOIZMEM („Miłość i odpowiedzialność”, s. 124). Prawda i miłość stanowią fundament w zaistniałym uczuciu pomiędzy kobietą i mężczyzną. Miłość pozbawiona prawdy kończy się wcześniej, czy później na sentymentalizmie. I wówczas miłość staje się pustą skorupą, którą można dowolnie wypełnić („Caritas in veritate, 3”).

Kiedy w naszym sercu spotykają się ze sobą miłość i prawda, to zawsze starają się nas przekonać o tym, że: Kochamy uczuciowo osobę taką, jaką ona naprawdę jestnie nasze wyobrażenie o niej, ale prawdziwą osobę. Kochamy ją z jej zaletami i wadami, poniekąd niezależnie od zalet oraz pomimo wad. Wielkość takiej miłości ujawnia się najbardziej wówczas, gdy osoba ta upada, kiedy wychodzą na jaw jej słabości czy nawet grzechy. Człowiek prawdziwie miłujący nie tylko nie odmawia wtedy swej miłości, ale poniekąd bardziej jeszcze miłuje – miłuje, mając świadomość braków i wad i nie aprobując ich bynajmniej („Miłość i odpowiedzialność”, s. 124).

W ten sposób przekonujemy się, że jedynie  prawda jest w stanie uwolnić miłość od wąskich dróg emocjonalności, pozbawiających ją treści relacyjnych („Caritas in veritate, 3”). Widzimy wyraźnie, że nadeszła pora nie tyle na pisanie, czy mówienie o miłości, ale życie nią w sposób autentyczny.

AD

„Lepiej zapalić świecę niż przeklinać ciemność” – Matka Teresa z Kalkuty

Matka

Róbmy swoje

Od dłuższego już czasu pojawiają się różne opinie siejące defetyzm. Straszy się katolików w Polsce tym, że jest coraz gorzej. Że coraz trudniej wyznawać wiarę przodków. Że statystyki Kościoła są zatrważające. To wszystko prawda. Sądzę nawet, że obserwując to, co dzieje się w naszym kraju, w sferze ducha, jest gorzej niż pokazują badania statystyczne czy opinię naukowców prezentowane w wielu publikacjach. Jest źle i będzie jeszcze gorzej. Tylko potrzeba wyciągnąć z tego faktu odpowiednie wnioski. Przecież powinny to być wnioski ludzi wiary. Skoro czytając teksty Pisma Świętego potrafimy uwierzyć w rozmnożenie chleba, uciszenie sztormu na morzu, czy wskrzeszenie Łazarza, to tym bardziej moc Pana Boga powinna być nam oczywista. Przecież jeśliby Pan Jezus nie zmartwychwstał, daremna byłaby nasza wiara. On jednak zmartwychwstał i żyje.

Wielu chrześcijan prawie wyłącznie krytykuje Kościół i świat. Ostatnio na przykład spotkałem się z opinią człowieka, który deklarował się jasno jako człowiek ochrzczony i rzecz jasna wierzący. To jednak nie przeszkadzało mu w tym by wybierać sobie z doktryny katolickiej tylko niektóre prawdy. W burzliwej dyskusji spieraliśmy się o to w co wierzyć, a w co nie. Podejmował ów człowiek ciekawą argumentację, w której niektóre prawdy wiary, czy przykazania Boże są nieżyciowe i nie na czasie. Twierdził on, że wiele z tychże szczegółowych prawd należałoby zmienić. W sprawie sakramentów małżeństwa, eucharystii, pokuty itd. Należałoby też dostosować interpretację Ewangelii i zmienić Katechizm Kościoła Katolickiego. Właściwie wszystko można by zmienić. Tylko wówczas byłaby to jakaś wiara, ale z pewnością nie katolicka.

Kiedy po dłuższym czasie przeszedłem do ofensywy, okazało się, że te wszystkie zmiany są potrzebne temu człowiekowi, bo ma wyrzuty sumienia. W swoim życiu ma trudności w małżeństwie, nie spowiada się od lat, a na mszę św. chadza „od wielkiego dzwonu”. Dwa może trzy razy w roku. Jakby więc wszystko udało się zmienić według jego propozycji, byłby idealnym wyznawcą jakiejś wiary, z tym że z pewnością nie byłaby to wiara katolicka. Sądzę, że to dość częsty dziś przypadek, w którym wielu chrześcijan próbuje dostosować doktrynę wiary i Ewangelię do siebie i swojego życia. Powinno być jednak zgoła odwrotnie.

To nie my mamy tworzyć dekalog i pisać na nowo Pismo Święte, to nasze życie powinno się coraz bardziej upodabniać do życia Chrystusa. Przecież sama nazwa chrześcijanin wiele nam mówi. To nie tylko etykietka, którą odróżniamy się od innych wyznań. To recepta na życie. Mamy być chrystusowi czyli podobni do naszego Mistrza i Pana. Nie wolno nam wybierać tego co wygodne i łatwe. Mamy przecież wyznaczoną drogę, która jest wymagająca. Sądzę, że to rozmywanie się prawd wiary i w ogóle chrześcijaństwa we współczesnym świecie wynika z tego, że jesteśmy zbyt mało chrystusowi.

Brzmi to śmiesznie, ale trzeba nam wrócić do korzeni. Jezus mówi jasno w Ewangelii wg św. Mateusza: „Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? (…) A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane.” Prawda, że proste? Mamy się troszczyć o Królestwo Boże i Jego Sprawiedliwość. Wszystko inne jest dodatkiem. Jaki więc płynie z tego wniosek? Otóż taki, że im dalej od Boga tym gorzej. W życiu osobistym i społecznym. W życiu zawodowym i politycznym. Im dalej od Boga tym gorzej.

W tych słowach Jezusa mamy klucz do tajemnicy. W prostym tekście Jezus ukrył odpowiedź na najtrudniejsze pytania stawiane od wieków przez filozofów, ekonomistów, polityków i innych. Tak często zabiegamy o rzeczy nieistotne i nieważne. Gonimy za dobrobytem i modą, a recepta Jezusa na Szczęście jest prosta. Nie wymaga ukończenia wyższej uczelni, ani tytułów naukowych. Wystarczy się troszczyć o Królestwo Boże i Jego Sprawiedliwość. Wystarczy więc przylgnąć do Jezusa całym swoim życiem, całym swoim myśleniem, wszystkimi pragnieniami. Świat sam zacznie się zmieniać. Narzekanie w niczym nam nie pomoże. I zmiana dekalogu niczego nie poprawi. Prawdy należy szukać, a znalazłszy przyjąć i nią żyć. Ot i wszystko czego nam potrzeba.

Brzmi to może odrobinę pompatycznie, ale jak słyszę opowieści o tym, że należy się zabezpieczyć w życiu na każdą ewentualność. Jak słyszę, że nadciąga kataklizm cywilizacji chrześcijańskiej. Jak słyszę o tym, że wszystko wkrótce się zawali. Tak sobie myślę, że jeśli Pan Bóg tego zechce to tak będzie i to bez względu na nasze narzekania. My róbmy swoje! Żyjmy jak chrześcijanie. Módlmy się jak uczniowie Jezusa. Postępujmy zgodnie z nauką Ewangelii. Przecież Królestwo Boże i Jego Sprawiedliwość zdobywa się od wieków tak samo. Cierpliwym trwaniem przy Bogu. Może się zdarzyć, że wątpliwości przyjdą i może nawet czasem pojawią się pytania, na które nie znajdziemy łatwych odpowiedzi. Może. Jednak recepta na Szczęście będzie wciąż ta sama.

Kończąc tę refleksję chciałbym uspokoić wszystkich sceptyków. Bez względu na to co dziś myślicie i jakie macie prognozy na przyszłość. Świat się skończy wtedy kiedy zechce Bóg i nikt z pewnością tego nie przewidzi. To co do nas należy to jedynie i aż tyle. Kroczyć śladami Chrystusa w życiu. Nic więcej. W domu i w pracy, w szkole i sklepie. Wszędzie tam gdzie nas życie zaprowadzi mamy być zawsze chrystusowi. Dlatego raz jeszcze zachęcam, żebyśmy jako uczniowie Jezusa robili swoje, a wszystko inne będzie nam dodane. Dopóki nie wrócimy do korzeni, wciąż będzie coraz gorzej. Bowiem, aby wrócić należy iść w przeciwnym, niż dotychczas, kierunku. Trzeba iść pod prąd. Nie ma innej rady. Zatem do dzieła!

 

Ks. Sławomir Bednarski – kapłan archidiecezji częstochowskiej, prezes fundacji „Servire homini”, współredaktor czwartkowych audycji w Radio Jasna Góra „Świadczyć Miłosierdzie”, pedagog, twórca Domu Pomocy Społecznej św. Barbary w Kleszczowie, publikuje na łamach ogólnopolskiego kwartalnika „Apostoł Miłosierdzia Bożego”.

„To nie wojna jest taka straszna, tylko świat, jaki po niej nastąpi. Świat, w który wpadamy jak w bagno, świat nienawiści i sloganów” – George Orwell

Orwell

Wojna polsko – polska wciąż trwa.

Nie bez podstaw mawia się często, że gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania. Nie potrafimy się zgodzić nawet w najbardziej istotnych sprawach. Swoistym paradoksem także jest to, że im więcej mamy wolności i swobody działania tym trudniej dojść do porozumienia miedzy sobą. Nawet w przestrzeni domu rodzinnego czy sąsiedztwa. Wielu już wcześniej pisało i mówiło o naszych, polskich wadach narodowych, z którymi nie podejmujemy skutecznej walki. Do których się przyzwyczailiśmy. Chcielibyśmy zmieniać świat, a brakuje nam wytrwałości, aby samemu i z pożytkiem uporządkować swoje własne życie. W gadaniu nie mamy sobie równych. Trudniej jednak podjąć się realizacji tej, świetlanej i malowanej słowami wizji.

Możemy śmiało powiedzieć, że wszystko mogłoby być piękniejsze i doskonalsze gdyby… Tak bardzo chciało nam się chcieć, jak nam się nie chce! Od dzieciństwa, aż po wiek podeszły wciąż słyszymy i wypowiadamy tłumaczące wszystko – nie chce mi się. Nie chce mi się wstać rano. Nie chce mi się iść do pracy. Wyprowadzić psa czy posprzątać w domu. Nie mam ochoty na aktywność fizyczną i nie mam sił na dbanie o własne zdrowie. Ciągle mam świetne rady dla innych, a najczęściej się do niech nie stosuję. Właściwie wszystko jest taaakie proste, ale tylko do momentu, w którym to sami mamy się zaangażować.

I jeszcze ta nieznośna kłótliwość i brak elementarnego zrozumienia dla drugiego człowieka. Potrafimy się spierać właściwie o wszystko. O to czyja kolej na zrobienie zakupów czy zajmowanie się dzieckiem. O to czyja praca jest ważniejsza i bardziej przydatna społecznie. Nawet o to co znaczą jakieś konkretne słowa. Mała iskierka w naszych relacjach międzyludzkich jest w stanie spowodować wielki i niekończący się pożar. Czy mamy na to jakieś lekarstwo? Oczywiście, że tak. Przecież to nie moja wina. To on/ona jest winny. Oczywiście ja zawsze mogę się pomylić, bo człowiek już jest taki słaby. Każdy mój błąd czy grzech to zwyczajny potknięcie. Tylko ten drugi człowiek to z pewnością robi mi na złość. A tak w ogóle to jak można było tak postąpić? Dla siebie mamy wiele „miłosierdzia i przebaczenia”, ale z pewnością nie dla innych.

Na koniec jeszcze ta walka o rację. Przecież wiadomo, że mimo wszystko to ja miałem rację, a nie ktoś inny. Czasem nawet pytam małżonków, którzy ciągle sobie próbują udowodnić kto miał rację, w takiej czy innej sprawie, jakie to ma znaczenie? Czy to faktycznie najważniejsze kto miał rację? Przecież w tym sporze o rację często można się tak zatracić, że po kilku latach już nikt nie wie od czego się zaczęło. Koniec natomiast jest taki, że to co łączyło dziś dzieli. Ta racja jest nikomu nie potrzebna. Walka zaś o nią skutkuje często, a może i zawsze trwałymi nieporozumieniami i brakiem zgody. I po co?

Na każdym kroku stykamy się z tym co stanowi o naszych narodowych wadach. Codziennie musimy się z nimi mierzyć i podejmować z nimi walkę. Znalazłem kiedyś taki przejmujący cytat autorstwa Wiliama Muraya: „Dopóki się nie zaangażujesz, czujesz wahanie, widzisz szansę na wycofanie i brak ci efektów. Istnieje jedna elementarna prawda, dotycząca wszelkich przejawów inicjatywy i twórczości, której nieznajomość unicestwiła niezliczone marzenia i doskonałe plany: w chwili kiedy decydujesz się zaangażować, budzi się również Opatrzność”. W każdej sprawie i w każdym czasie konieczna jest współpraca z Panem Bogiem na gruncie wszelakiej życiowej walki. W zakresie rozwijania otrzymanych talentów i zmagania się z grzechem czy osobistymi wadami. Zawsze i na każdym etapie trzeba nam mieć niezachwiane przeświadczenie, że błogosławieństwo Boże jest w zasięgu ręki, że zwycięstwo jest tuż za rogiem. Pod warunkiem, że wyjdziemy z naszego komfortowego piedestału krytyka i biernego obserwatora.

Okazji mamy wiele szczególnie w tym roku. Zbiegły się ze sobą dwa ważne jubileusze. 1050-lecie Chrztu Polski oraz Rok Miłosierdzia. Pewnie wielu napisze i powie na ten temat wiele. Ja chciałbym się skupić tylko na jednej sprawie, która wypływa z połączenia i synergii tych dwóch niezwykłych darów Pana Boga dla nas. Z jednej strony wciąż nieodkryta tajemnica Miłosierdzia, a z drugiej te przytłaczające ponad tysiącletnie urodziny Polski i Polaków, dla Nieba. Połączenie tych bogatych w treść wydarzeń  MUSI skłaniać nas do głębszej refleksji, wyciągania wniosków, a wreszcie także osobistej przemiany.

Na czas tegoż świętowania warto zakończyć te polsko – polskie wojny. Zarówno te na szczytach władzy jak i w zaciszach rodzinnych domów. Czas szybko minie, a wkrótce znów zorientujemy się, że tyle dobrego mogliśmy zrobić tylko czasu zabrakło. Byliśmy przecież tak zajęci kłótniami, sporami i udowadnianiem sobie nawzajem kto miał rację. Opatrzność Boża daje nam wyraźną zachętę, abyśmy tego czasu nie zmarnowali. Trzeba nam wreszcie zrozumieć, że 1050 lat temu Polska została ochrzczona i tym samym wszczepiona na trwałe w Chrystusa. Ileż to razy każdy z nas osobiście zapomniał stanąć na wysokości zadania? Ileż to razy, w całości jako naród, ale i indywidualnie, występowaliśmy przeciwko Panu Bogu, Krzyżowi i Ewangelii? Świadomość ochrzczenia winna być tym ważniejsza, że współczesny świat i ludzie na nim żyjący bardzo daleko odeszli od związanego z chrztem świętym dziecięctwa Bożego.

Pamiętamy słowa samego Jezusa skierowane do nas przez objawienia św. Faustyny i zapisane w jej dzienniku: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje”. To przesłanie Chrystusa jest nie tylko swego rodzaju nobilitacją i wywyższeniem Polski i Polaków, ale jest także ogromnym zadaniem. Warunek Jezus postawił jasny i czytelny mamy być posłuszni woli Bożej. Posłuszeństwo będzie mogło się aktualizować w codzienności jeśli wpierw poznamy tę Bożą wolę, przyjmiemy ją i co najtrudniejsze wprowadzimy w nasze codzienne życie. Szukanie Bożej woli to niełatwe, ale i kluczowe zadanie w roku dwóch wielkich jubileuszy.

Miłość Chrystusa jest z pewnością wymagająca stąd podejmijmy szczególnie w tym roku większe życiowe zadania, także w przestrzeni wiary. Lektura Pisma Świętego czy Dzienniczka św. Faustyny, pielgrzymowanie do miejsc świętych, podejmowanie czynów miłosierdzia to tylko nieliczne z możliwości proponowane przez Kościół. Przestańmy wreszcie narzekać i krytykować wszystko i wszystkich. Świat i Kościół to Ty i ja. Więc jeśli oczekujesz lepszego świata i bardziej chrystusowego Kościoła, zmianę i naprawę zacznij, w tym roku, od siebie. Im więcej dobra i miłości wniesiesz w roku jubileuszy we własne otoczenie i życie tym więcej będzie go w Kościele i świecie. Z dumą z rocznicy Chrztu Polski i pokorą niezbędną w Roku Miłosierdzia złóżmy ochoczo i z radością własną cegiełkę w budowę lepszego świata i bardziej świętego Kościoła.

 

Autor – Ks. Sławomir Bednarski – prezes fundacji „Servire homini” – (tekst pochodzi z ogólnopolskiego kwartalnika „Apostoł Miłosierdzia Bożego”).