„Lepiej zapalić świecę niż przeklinać ciemność” – Matka Teresa z Kalkuty

Matka

Róbmy swoje

Od dłuższego już czasu pojawiają się różne opinie siejące defetyzm. Straszy się katolików w Polsce tym, że jest coraz gorzej. Że coraz trudniej wyznawać wiarę przodków. Że statystyki Kościoła są zatrważające. To wszystko prawda. Sądzę nawet, że obserwując to, co dzieje się w naszym kraju, w sferze ducha, jest gorzej niż pokazują badania statystyczne czy opinię naukowców prezentowane w wielu publikacjach. Jest źle i będzie jeszcze gorzej. Tylko potrzeba wyciągnąć z tego faktu odpowiednie wnioski. Przecież powinny to być wnioski ludzi wiary. Skoro czytając teksty Pisma Świętego potrafimy uwierzyć w rozmnożenie chleba, uciszenie sztormu na morzu, czy wskrzeszenie Łazarza, to tym bardziej moc Pana Boga powinna być nam oczywista. Przecież jeśliby Pan Jezus nie zmartwychwstał, daremna byłaby nasza wiara. On jednak zmartwychwstał i żyje.

Wielu chrześcijan prawie wyłącznie krytykuje Kościół i świat. Ostatnio na przykład spotkałem się z opinią człowieka, który deklarował się jasno jako człowiek ochrzczony i rzecz jasna wierzący. To jednak nie przeszkadzało mu w tym by wybierać sobie z doktryny katolickiej tylko niektóre prawdy. W burzliwej dyskusji spieraliśmy się o to w co wierzyć, a w co nie. Podejmował ów człowiek ciekawą argumentację, w której niektóre prawdy wiary, czy przykazania Boże są nieżyciowe i nie na czasie. Twierdził on, że wiele z tychże szczegółowych prawd należałoby zmienić. W sprawie sakramentów małżeństwa, eucharystii, pokuty itd. Należałoby też dostosować interpretację Ewangelii i zmienić Katechizm Kościoła Katolickiego. Właściwie wszystko można by zmienić. Tylko wówczas byłaby to jakaś wiara, ale z pewnością nie katolicka.

Kiedy po dłuższym czasie przeszedłem do ofensywy, okazało się, że te wszystkie zmiany są potrzebne temu człowiekowi, bo ma wyrzuty sumienia. W swoim życiu ma trudności w małżeństwie, nie spowiada się od lat, a na mszę św. chadza „od wielkiego dzwonu”. Dwa może trzy razy w roku. Jakby więc wszystko udało się zmienić według jego propozycji, byłby idealnym wyznawcą jakiejś wiary, z tym że z pewnością nie byłaby to wiara katolicka. Sądzę, że to dość częsty dziś przypadek, w którym wielu chrześcijan próbuje dostosować doktrynę wiary i Ewangelię do siebie i swojego życia. Powinno być jednak zgoła odwrotnie.

To nie my mamy tworzyć dekalog i pisać na nowo Pismo Święte, to nasze życie powinno się coraz bardziej upodabniać do życia Chrystusa. Przecież sama nazwa chrześcijanin wiele nam mówi. To nie tylko etykietka, którą odróżniamy się od innych wyznań. To recepta na życie. Mamy być chrystusowi czyli podobni do naszego Mistrza i Pana. Nie wolno nam wybierać tego co wygodne i łatwe. Mamy przecież wyznaczoną drogę, która jest wymagająca. Sądzę, że to rozmywanie się prawd wiary i w ogóle chrześcijaństwa we współczesnym świecie wynika z tego, że jesteśmy zbyt mało chrystusowi.

Brzmi to śmiesznie, ale trzeba nam wrócić do korzeni. Jezus mówi jasno w Ewangelii wg św. Mateusza: „Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? (…) A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane.” Prawda, że proste? Mamy się troszczyć o Królestwo Boże i Jego Sprawiedliwość. Wszystko inne jest dodatkiem. Jaki więc płynie z tego wniosek? Otóż taki, że im dalej od Boga tym gorzej. W życiu osobistym i społecznym. W życiu zawodowym i politycznym. Im dalej od Boga tym gorzej.

W tych słowach Jezusa mamy klucz do tajemnicy. W prostym tekście Jezus ukrył odpowiedź na najtrudniejsze pytania stawiane od wieków przez filozofów, ekonomistów, polityków i innych. Tak często zabiegamy o rzeczy nieistotne i nieważne. Gonimy za dobrobytem i modą, a recepta Jezusa na Szczęście jest prosta. Nie wymaga ukończenia wyższej uczelni, ani tytułów naukowych. Wystarczy się troszczyć o Królestwo Boże i Jego Sprawiedliwość. Wystarczy więc przylgnąć do Jezusa całym swoim życiem, całym swoim myśleniem, wszystkimi pragnieniami. Świat sam zacznie się zmieniać. Narzekanie w niczym nam nie pomoże. I zmiana dekalogu niczego nie poprawi. Prawdy należy szukać, a znalazłszy przyjąć i nią żyć. Ot i wszystko czego nam potrzeba.

Brzmi to może odrobinę pompatycznie, ale jak słyszę opowieści o tym, że należy się zabezpieczyć w życiu na każdą ewentualność. Jak słyszę, że nadciąga kataklizm cywilizacji chrześcijańskiej. Jak słyszę o tym, że wszystko wkrótce się zawali. Tak sobie myślę, że jeśli Pan Bóg tego zechce to tak będzie i to bez względu na nasze narzekania. My róbmy swoje! Żyjmy jak chrześcijanie. Módlmy się jak uczniowie Jezusa. Postępujmy zgodnie z nauką Ewangelii. Przecież Królestwo Boże i Jego Sprawiedliwość zdobywa się od wieków tak samo. Cierpliwym trwaniem przy Bogu. Może się zdarzyć, że wątpliwości przyjdą i może nawet czasem pojawią się pytania, na które nie znajdziemy łatwych odpowiedzi. Może. Jednak recepta na Szczęście będzie wciąż ta sama.

Kończąc tę refleksję chciałbym uspokoić wszystkich sceptyków. Bez względu na to co dziś myślicie i jakie macie prognozy na przyszłość. Świat się skończy wtedy kiedy zechce Bóg i nikt z pewnością tego nie przewidzi. To co do nas należy to jedynie i aż tyle. Kroczyć śladami Chrystusa w życiu. Nic więcej. W domu i w pracy, w szkole i sklepie. Wszędzie tam gdzie nas życie zaprowadzi mamy być zawsze chrystusowi. Dlatego raz jeszcze zachęcam, żebyśmy jako uczniowie Jezusa robili swoje, a wszystko inne będzie nam dodane. Dopóki nie wrócimy do korzeni, wciąż będzie coraz gorzej. Bowiem, aby wrócić należy iść w przeciwnym, niż dotychczas, kierunku. Trzeba iść pod prąd. Nie ma innej rady. Zatem do dzieła!

 

Ks. Sławomir Bednarski – kapłan archidiecezji częstochowskiej, prezes fundacji „Servire homini”, współredaktor czwartkowych audycji w Radio Jasna Góra „Świadczyć Miłosierdzie”, pedagog, twórca Domu Pomocy Społecznej św. Barbary w Kleszczowie, publikuje na łamach ogólnopolskiego kwartalnika „Apostoł Miłosierdzia Bożego”.

„Skąd się bierze w Polsce tyle rozwodów?”

OK

 

Jak podaje Główny Urząd Statystyczny w Polsce dramatycznie wzrasta liczba rozwodów. Każdego roku rozpada się trzecia część zawieranych małżeństw. Skąd takie złe statystyki? Dlaczego tak się dzieje? Nie łatwo wypracować jednolitą i prawdziwą diagnozę, gdyż kompleksowo nie można rozpatrywać odmiennego charakteru każdego małżeństwa. Pokuszę się jednak o to, by zastępując ściśle określone badania naukowe zastąpić wyjątkowo pojemnym określeniem wydaje mi się. No może nawet jestem przekonany, choć nie chce i nie będę podawał żadnego przypisu do moich opinii.

Po pierwsze świat przyspieszył. Młodzi ludzie wciąż za czymś gonią. Dawniej mówiono, że się dorabiają. Praca, dom, praca, dom. W ciągłym biegu. Nie ma czasu na solidny odpoczynek, rozmowę, wspólne bycie razem. Przychodzi zmęczenie, rozdrażnienie i nerwy. Wtedy wszystko jest źle. Złe zachowanie, odezwanie się do siebie i złe myśli, które wciąż powracają. Przestaje się rozmawiać, bo często pojawia się wrażenie, że po co się kłócić i właściwie mur między małżonkami sam rośnie. Nawet do końca nie wiedzą kiedy, a już między sobą mają wzniesioną potajemnie i wysoką po niebo przeszkodę. To jednak może i dałoby się przezwyciężyć gdyby nie kolejne okoliczności.

Po drugie odległości. W czasach moich rodziców praca była zazwyczaj na miejscu. Pewnie nie dla wszystkich, ale często się zdarzało, że młody człowiek przyjmując się do swojego pierwszego zakładu pracy, odbierał z niego po latach dokumenty potrzebne do uzyskania emerytury. Obecnie to prawie nie do pomyślenia. Zmieniły się realia. Dziś ważnym elementem w CV powinno być – dyspozycyjny. Praca w delegacji lub całkiem za granicą powoduje, że młodzi ludzie często zaraz po zawarciu związku małżeńskiego żyją jakby dwoma odrębnymi życiami. Każde swoim. Choć pewnie czasem one się ze sobą łączą to zazwyczaj nie trwa to zbyt długo. Np. kierowca ciężarówki w systemie trzy tygodnie w pracy, a tydzień w domu. Wielu takich dziś znajdziemy. Sądzę, że to jeszcze nie najgorszy scenariusz. W takiej sytuacji żona musi sobie w domowych sprawach radzić sama. Sama wraca z pracy zajmuje się domem i dziećmi i sama uczestniczy we wszystkim, co z dziećmi związane. Pierwszy ząbek, pierwsze słowo czy później występ w przedszkolu. Takie historie miną pracującego daleko tatę i męża. Zostaną tylko telefoniczne, krótkie rozmowy, czy tzw. Skype.

Po trzecie dzieci. Tu ciekawostka. Wspomniany już przeze mnie GUS analizując temat rozwodów zauważył pewną prawidłowość. Im więcej dzieci tym statystyczne prawdopodobieństwo rozwodu znacznie maleje. Można ująć to w taki sposób, że dla każdego małżeństwa najlepszym spoiwem są rodzone i wychowywane wspólnie dzieci. Dla mnie było to autentycznie zaskakujące, że rodzący się maleńki człowiek, ma taką siłę łączącą związki małżeńskie. Dochodzimy, więc powoli do pewnych konkretnych spostrzeżeń. Małżonkowie mający dzieci, od samego początku ich życia uczą się wspólnie żyć, dla kogoś. W tej właśnie relacji nie najważniejsze są osobiste pragnienia czy oczekiwania, ale właśnie wspólna troska o rodzące się nowe życie. Najpierw w łonie matki,
a później rzecz jasna poza nim.

Po czwarte wartości. Jako duszpasterz widzę to wyraźnie, że człowiek buduje świat wokół siebie na fundamencie swoich własnych wartości. Czym jednak one są? Nazwę je tak roboczo priorytetami. Czyli można rzec, że człowiek bardzo często w dzieciństwie ma położony przez rodziców fundament pod budowanie własnego życia. Tego szuka w całym życiu co jest dla niego ważne. Ten kto widział w swoim rodzinnym domu autentyczną miłość swoich rodziców. Kto patrzył na ich wzajemne relacje i budował się ich wzajemną życzliwością, będzie starał się to przenieść do swojego życia. Może nie zawsze skutecznie, bo przecież małżeństwo to przecież związek dwojga odrębnych i często całkowicie różnych osób. Z pewnością jednak będzie próbował. Tak samo rzecz się ma w sprawach wiary. Dziecko, które widzi modlącego się ojca czy matkę także uwzględni Pana Boga w swoim życiu. Sam pamiętam, że jako dziecko czasem wchodziłem wieczorem do pokoju rodziców i widziałem swojego tatę, zmęczonego po pracy, ale jednak modlącego się. Klęcząc trzymał twarz w swoich rękach. Tego rodzaju obrazy zostają w wyobraźni i wspomnieniach dziecka na całe życie.

Wreszcie po piąte wizja małżeństwa. Czasem tłumaczę tę sprawę młodzieży używając pewnego porównania. Małżeństwo sakramentalne nie może być podobne do umowy kupna-sprzedaży samochodu. Sakrament nie jest tylko jakąś umową, w której zawierający ją zgadzają się na widoczne wady współmałżonka i mają gwarancję rozruchową na jakiś czas. W razie czego wiedzą jednak, że umowę można rozwiązać i „towar” zwrócić. Tego rodzaju wizję lansuje np. polskie prawo małżeńskie. Wystarczy brak zgodności charakteru czy rozpad pożycia małżeńskiego i na drugiej wizycie w sądzie sprawa się kończy. Tylko koszty trzeba pokryć i podzielić majątek. Sakrament małżeństwa nie jest jakąś tam umową. Tłumaczę to zawsze w ten sposób, że w sakramencie małżeństwa małżonkowie oddają sobie nawzajem prawo własności do siebie. Skutkiem tego aktu jest to, że ani on, ani ona nie jest już właścicielem siebie. Jego akt własności spoczywa w sercu współmałżonka. Pewnie, że to tylko metafora, ale wiele mówiąca o sakramencie małżeństwa. Żona posiadająca akt własności do męża może swobodnie mu powiedzieć: nie podoba mi się Twoje postępowanie. Mąż natomiast może także pokusić się o ripostę: zbyt długo siedzisz przed komputerem. I nie chodzi tu jedynie o jakieś wzajemne „wypominki”, ale o autentyczną troskę o siebie nawzajem. Tylko wzajemne zabieganie o zawiązany przed Bogiem sakramentalny węzeł może być gwarancją, która nie boi się próby czasu.

Podsumowując chciałbym się posłużyć zasłyszaną kiedyś historią. W sakramentalnym małżeństwie i chrześcijańskiej rodzinie muszą cały czas być obecne trzy stoły. Pisałem już kiedyś o wartości i ważności stołu w kuchni, na którym, a raczej przy którym powinno się rozgrywać rodzinne i małżeńskie życie. To przy kuchennym stole nie może zabraknąć nikogo i nie może zabraknąć wspólnej i szczerej rozmowy. Drugi stół to stół małżeńskiego łoża. Na tym stole dokonuje się ofiara małżonków z siebie nawzajem. Łoże musi łączyć i budować relacje małżeńskie. I wreszcie trzeci stół, od którego właściwie powinienem rozpocząć – Stół Eucharystii, do którego powinna zasiadać każda chrześcijańska rodzina nie tylko regularnie, co tydzień, ale najlepiej także razem. Te trzy stoły to klucz do odpowiedzi na tytułowe pytanie. Gdzie brakuje tych trzech stołów to małżeństwo i rodzina słabnie i z czasem nie ma siły na trwanie i zatroskanie, gdyż brakuje pożywienia, brakuje pokarmu. Każdy z tych stołów odpowiada, tak symbolicznie, za konkretną sferę ludzkich potrzeb. Na płaszczyźnie fizycznej, psychicznej i duchowej rozgrywa się budowanie dobrego i świętego małżeństwa. Stąd warto przemyśleć sobie osobiście czy trzy stoły w małżeństwie rzeczywiście odgrywają tak istotną rolę. Zostawiam drogich Czytelników z pewnym niedosytem, ale robię to celowo, by nie zabrakło osobistej refleksji, a może nawet protestu przeciwko temu co chciałem Wam przekazać. Niech każdy z Was sam, osobiście przyjrzy się swojemu otoczeniu i oceni czy w tym tekście znajduje się choć krzta prawdy. I proszę nie mówić, że takie są czasy, albo że świat się zmienił. To my ludzie budujemy świat i zmieniamy czasy, w których żyjemy.

Ks. Sławomir Bednarski – prezes fundacji „Servire homini” – (tekst ze stałej rubryki ks. Sławomira: „Oczami Wiejskiego Wikarego”z ogólnopolskiego kwartalnika „Apostoł Miłosierdzia Bożego”).