Papież Franciszek na Jasnej Górze

IMG_3191
W drugi dzień wizyty w naszej Ojczyźnie, papież Franciszek odwiedził sanktuarium na Jasnej Górze. Jest to szczególne miejsce dla polskiego Kościoła i dla naszego narodu. W tym miejscu zostały złożone Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego napisane przez Prymasa Tysiąclecia kard. Stefana Wyszyńskiego, tu też odbyły się główne uroczystości 1000-lecia Chrztu Polski. W duchowej stolicy naszego kraju, jakim jest Jasna Góra, Ojciec Święty Franciszek odprawił Mszę Świętą, która była dziękczynieniem za 1050. rocznicę chrztu Polski.

IMG_3107
Po przybyciu do Częstochowy papież został przywitany m.in. przez metropolitę częstochowskiego abp. Wacława Depo, przewodniczącego episkopatu Stanisława Gądeckiego oraz przedstawicieli miejscowych władz. Następnie papież skierował się do Kaplicy Cudownego Obrazu, gdzie modlił się przed Ikoną Matki Bożej. Przykładem swoich poprzedników, św. Jana Pawła II i Benedykta XVI, również Ojciec Święty Franciszek złożył złota różę na ołtarzu.

IMG_3248
Papież został gorąco przyjęty przez wiernych. Przejechał papamobilem między sektorami, w których zgromadzeni byli uczestnicy spotkania, dla wielu było to dojmujące przeżycie, nie często można spotkać Biskupa Rzymu. Kilka tysięcy ludzi wypełniło jasnogórskie błonia, okoliczne parki oraz Aleje Najświętszej Maryi Panny, arterię wiodącą ku klasztorowi jasnogórskiemu, aby móc wraz z Ojcem Świętym pomodlić się i podziękować za 1050 lat chrześcijaństwa w naszym kraju. W Eucharystii uczestniczyli również przedstawiciele najwyższych władz Polski z prezydentem Andrzejem Dudą i premier Beatą Szydło na czele. Mszę Świętą koncelebrowali polscy biskupi oraz setki kapłanów. U boku papieża stali m.in. metropolita częstochowski abp Wacław Depo, prymas Polski abp Wojciech Polak oraz nuncjusz apostolski w Polsce Celestino Migliore. Na wstępie została odśpiewana najstarsza polska pieśń religijna Bogurodzica, co pięknie nawiązywało do dziękczynienia za 1050 lat chrześcijaństwa w Polsce.

IMG_3117
W homilii Ojciec Święty zaznaczył, że „Znamienne jest, że obecna rocznica chrztu waszego narodu zbiega się dokładnie z Jubileuszem Miłosierdzia” powiedział także: „Wasz naród pokonał na swej drodze wiele trudnych chwil w jedności. Niech Maryja (…) zaszczepi pragnienie wyjścia ponad krzywdy i rany przeszłości i stworzenia komunii ze wszystkimi”, życzył także zgromadzonym wiernym „działać w małości i w bliskości towarzyszyć, z prostym i otwartym sercem”.
IMG_3090
Papież otrzymał w prezencie krzyż wykonany z dębu pochodzącego z czasów Mieszka I, tak wiekowego, jak chrześcijaństwo w naszej Ojczyźnie.

Po Mszy Świętej papież odleciał śmigłowcem do Krakowa, gdzie spotkał się z młodzieżą, biorącą udział w Światowych Dniach Młodzieży.

„W kulturze bez prawdy istnieje ryzyko wypaczenia miłości” – Benedykt XVI – czyli rozważania o miłości

Qwerty

W pierwszej encyklice Benedykt XVI zwrócił uwagę na to, że: Termin miłość stał się dziś jednym ze słów najczęściej używanych i także nadużywanych, którym nadajemy znaczenia zupełnie różne („Deus caritas est, 2”).

Rzeczywiście, wypowiadając słowo miłość stajemy przed oceanem znaczeń, terminów do którego każdy, przeważnie subiektywnie, dołożyć chce własną kropelkę znaczeń. Szybko przekonujemy się, że na rozległym horyzoncie znaczeń semantyka słowa miłość przedstawia się jako: miłość do ojczyzny, pracy, rodziców, dzieci, przyjaciół. Mówimy również o miłości pomiędzy rodzeństwem i krewnymi i wreszcie jako miłość bliźniego i Boga. Tyle w materii tego, że miłość należy do słów najczęściej używanych.

Nic tak człowieka nie boli, jak nadinterpretacja słów, czy zachowań. Tak samo sprawa ma się z miłością. Termin ten jest rzeczywiście nadużywany. Przed oczami staje mi grupa młodych dorastających ludzi z którymi odbywałem spotkanie i rozmawialiśmy na tematy damsko-męskie. Kiedy jednak padło z moich ust pytanie: Co to jest miłość? Panowie interpretowali ją jednoznacznie z seksem. Pamiętam jednego ze śmiałków, jak chciał zabłysnąć i powiedział publicznie: Dla mnie miłość, to jest seks. Mnie natychmiast przyszło do głowy pytanie, które zadałem mu publiczne: Czy kocha swoją mamę? Odpowiedź była jednoznaczna, że tak.
W tym momencie z moich ust padło zbyt brutalne stwierdzenie: To na co czekasz! Po spotkaniu długo rozmawialiśmy i widziałem, jak ta prowokacyjna podpowiedź wprowadziła myślenie tego człowieka na właściwe tory.

W naszym porządkowaniu znaczenia słowa miłość, powracamy do tego, co mówi nam papież Benedykt XVI: Miłość między mężczyzną i kobietą, w której ciało i dusza uczestniczą w sposób nierozerwalny i w której przed istotą ludzką otwiera się obietnica szczęścia, pozornie nie do odparcia, wyłania się jako wzór miłości w całym tego słowa znaczeniu, w porównaniu z którym na pierwszy rzut oka każdy inny rodzaj miłości blednieje (Tamże).

Powiem szczerze, że znam takie przypadki zakochania, w której człowiek odkrywał na własnym przykładzie, że ciało jest więzieniem dla duszy. Coś we wnętrzu Pana i Pani wyrywało się do tej drugiej połowy. W tej perspektywie pojawiały się wspólne marzenia i przez drzwi serca wchodziła we wspólne życie obietnica szczęścia. W tych okolicznościach miłość staje się wspólną perspektywą, a nade wszystko Szekspirowską poezją, która w rytm Sonetu CXVI mówi do każdego z nas:

Nie ma miejsca we wspólnej dwojga serc przestrzeni
Dla barier, przeszkód. Miłość to nie miłość, jeśli,
Zmienny świat naśladując, sama się odmieni
Lub zgodzi się nie istnieć, gdy ją ktoś przekreśli.
O, nie: to znak, wzniesiony wiecznie nad bałwany,
Bez drżenia w twarz patrzący sztormom i cyklonom
Gwiazda zbłąkanych łodzi, nieoszacowanej
Wartości, choćby pułap jej zmierzył astronom.
Miłość to nie igraszka Czasu: niech kwitnące
Róże wdzięków podcina sierpem zdrajca blady –
Miłości nie odmienią chwile, dni, miesiące:
Ona trwa – i trwać będzie aż po sam skraj zagłady.
Jeśli się mylę, wszystko inne też mnie łudzi:
Że piszę to; że kochał choć raz któryś z ludzi

Czytając klasyków, nie sposób nie nadmienić i tego, że każdy, kto autentycznie kocha musi się liczyć poważnie z tym, że każda ludzka miłość musi przejść przez jakąś próbę, i z tym, że wówczas dopiero okaże się jej prawdziwa wartość („Miłość i odpowiedzialność”, s. 123).
W perspektywie próby, kryzysu szczególnego znaczenia nabiera podpowiedź, że: Tylko w prawdzie miłość jaśnieje blaskiem i może być przeżywana autentycznie. („Caritas in veritate, 3”). Rzeczywiście, w godzinie, tygodniu, miesiącu, nie daj Boże latach próby, jedynie prawda jest tym światłem, które może nadać miłości sens i wartość.

To prawda przekonuje nas o tym, że: Miłość oderwana od poczucia odpowiedzialności za osobę jest zaprzeczeniem samej siebie, jest zawsze z reguły EGOIZMEM („Miłość i odpowiedzialność”, s. 124). Prawda i miłość stanowią fundament w zaistniałym uczuciu pomiędzy kobietą i mężczyzną. Miłość pozbawiona prawdy kończy się wcześniej, czy później na sentymentalizmie. I wówczas miłość staje się pustą skorupą, którą można dowolnie wypełnić („Caritas in veritate, 3”).

Kiedy w naszym sercu spotykają się ze sobą miłość i prawda, to zawsze starają się nas przekonać o tym, że: Kochamy uczuciowo osobę taką, jaką ona naprawdę jestnie nasze wyobrażenie o niej, ale prawdziwą osobę. Kochamy ją z jej zaletami i wadami, poniekąd niezależnie od zalet oraz pomimo wad. Wielkość takiej miłości ujawnia się najbardziej wówczas, gdy osoba ta upada, kiedy wychodzą na jaw jej słabości czy nawet grzechy. Człowiek prawdziwie miłujący nie tylko nie odmawia wtedy swej miłości, ale poniekąd bardziej jeszcze miłuje – miłuje, mając świadomość braków i wad i nie aprobując ich bynajmniej („Miłość i odpowiedzialność”, s. 124).

W ten sposób przekonujemy się, że jedynie  prawda jest w stanie uwolnić miłość od wąskich dróg emocjonalności, pozbawiających ją treści relacyjnych („Caritas in veritate, 3”). Widzimy wyraźnie, że nadeszła pora nie tyle na pisanie, czy mówienie o miłości, ale życie nią w sposób autentyczny.

AD

„Lepiej zapalić świecę niż przeklinać ciemność” – Matka Teresa z Kalkuty

Matka

Róbmy swoje

Od dłuższego już czasu pojawiają się różne opinie siejące defetyzm. Straszy się katolików w Polsce tym, że jest coraz gorzej. Że coraz trudniej wyznawać wiarę przodków. Że statystyki Kościoła są zatrważające. To wszystko prawda. Sądzę nawet, że obserwując to, co dzieje się w naszym kraju, w sferze ducha, jest gorzej niż pokazują badania statystyczne czy opinię naukowców prezentowane w wielu publikacjach. Jest źle i będzie jeszcze gorzej. Tylko potrzeba wyciągnąć z tego faktu odpowiednie wnioski. Przecież powinny to być wnioski ludzi wiary. Skoro czytając teksty Pisma Świętego potrafimy uwierzyć w rozmnożenie chleba, uciszenie sztormu na morzu, czy wskrzeszenie Łazarza, to tym bardziej moc Pana Boga powinna być nam oczywista. Przecież jeśliby Pan Jezus nie zmartwychwstał, daremna byłaby nasza wiara. On jednak zmartwychwstał i żyje.

Wielu chrześcijan prawie wyłącznie krytykuje Kościół i świat. Ostatnio na przykład spotkałem się z opinią człowieka, który deklarował się jasno jako człowiek ochrzczony i rzecz jasna wierzący. To jednak nie przeszkadzało mu w tym by wybierać sobie z doktryny katolickiej tylko niektóre prawdy. W burzliwej dyskusji spieraliśmy się o to w co wierzyć, a w co nie. Podejmował ów człowiek ciekawą argumentację, w której niektóre prawdy wiary, czy przykazania Boże są nieżyciowe i nie na czasie. Twierdził on, że wiele z tychże szczegółowych prawd należałoby zmienić. W sprawie sakramentów małżeństwa, eucharystii, pokuty itd. Należałoby też dostosować interpretację Ewangelii i zmienić Katechizm Kościoła Katolickiego. Właściwie wszystko można by zmienić. Tylko wówczas byłaby to jakaś wiara, ale z pewnością nie katolicka.

Kiedy po dłuższym czasie przeszedłem do ofensywy, okazało się, że te wszystkie zmiany są potrzebne temu człowiekowi, bo ma wyrzuty sumienia. W swoim życiu ma trudności w małżeństwie, nie spowiada się od lat, a na mszę św. chadza „od wielkiego dzwonu”. Dwa może trzy razy w roku. Jakby więc wszystko udało się zmienić według jego propozycji, byłby idealnym wyznawcą jakiejś wiary, z tym że z pewnością nie byłaby to wiara katolicka. Sądzę, że to dość częsty dziś przypadek, w którym wielu chrześcijan próbuje dostosować doktrynę wiary i Ewangelię do siebie i swojego życia. Powinno być jednak zgoła odwrotnie.

To nie my mamy tworzyć dekalog i pisać na nowo Pismo Święte, to nasze życie powinno się coraz bardziej upodabniać do życia Chrystusa. Przecież sama nazwa chrześcijanin wiele nam mówi. To nie tylko etykietka, którą odróżniamy się od innych wyznań. To recepta na życie. Mamy być chrystusowi czyli podobni do naszego Mistrza i Pana. Nie wolno nam wybierać tego co wygodne i łatwe. Mamy przecież wyznaczoną drogę, która jest wymagająca. Sądzę, że to rozmywanie się prawd wiary i w ogóle chrześcijaństwa we współczesnym świecie wynika z tego, że jesteśmy zbyt mało chrystusowi.

Brzmi to śmiesznie, ale trzeba nam wrócić do korzeni. Jezus mówi jasno w Ewangelii wg św. Mateusza: „Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? (…) A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane.” Prawda, że proste? Mamy się troszczyć o Królestwo Boże i Jego Sprawiedliwość. Wszystko inne jest dodatkiem. Jaki więc płynie z tego wniosek? Otóż taki, że im dalej od Boga tym gorzej. W życiu osobistym i społecznym. W życiu zawodowym i politycznym. Im dalej od Boga tym gorzej.

W tych słowach Jezusa mamy klucz do tajemnicy. W prostym tekście Jezus ukrył odpowiedź na najtrudniejsze pytania stawiane od wieków przez filozofów, ekonomistów, polityków i innych. Tak często zabiegamy o rzeczy nieistotne i nieważne. Gonimy za dobrobytem i modą, a recepta Jezusa na Szczęście jest prosta. Nie wymaga ukończenia wyższej uczelni, ani tytułów naukowych. Wystarczy się troszczyć o Królestwo Boże i Jego Sprawiedliwość. Wystarczy więc przylgnąć do Jezusa całym swoim życiem, całym swoim myśleniem, wszystkimi pragnieniami. Świat sam zacznie się zmieniać. Narzekanie w niczym nam nie pomoże. I zmiana dekalogu niczego nie poprawi. Prawdy należy szukać, a znalazłszy przyjąć i nią żyć. Ot i wszystko czego nam potrzeba.

Brzmi to może odrobinę pompatycznie, ale jak słyszę opowieści o tym, że należy się zabezpieczyć w życiu na każdą ewentualność. Jak słyszę, że nadciąga kataklizm cywilizacji chrześcijańskiej. Jak słyszę o tym, że wszystko wkrótce się zawali. Tak sobie myślę, że jeśli Pan Bóg tego zechce to tak będzie i to bez względu na nasze narzekania. My róbmy swoje! Żyjmy jak chrześcijanie. Módlmy się jak uczniowie Jezusa. Postępujmy zgodnie z nauką Ewangelii. Przecież Królestwo Boże i Jego Sprawiedliwość zdobywa się od wieków tak samo. Cierpliwym trwaniem przy Bogu. Może się zdarzyć, że wątpliwości przyjdą i może nawet czasem pojawią się pytania, na które nie znajdziemy łatwych odpowiedzi. Może. Jednak recepta na Szczęście będzie wciąż ta sama.

Kończąc tę refleksję chciałbym uspokoić wszystkich sceptyków. Bez względu na to co dziś myślicie i jakie macie prognozy na przyszłość. Świat się skończy wtedy kiedy zechce Bóg i nikt z pewnością tego nie przewidzi. To co do nas należy to jedynie i aż tyle. Kroczyć śladami Chrystusa w życiu. Nic więcej. W domu i w pracy, w szkole i sklepie. Wszędzie tam gdzie nas życie zaprowadzi mamy być zawsze chrystusowi. Dlatego raz jeszcze zachęcam, żebyśmy jako uczniowie Jezusa robili swoje, a wszystko inne będzie nam dodane. Dopóki nie wrócimy do korzeni, wciąż będzie coraz gorzej. Bowiem, aby wrócić należy iść w przeciwnym, niż dotychczas, kierunku. Trzeba iść pod prąd. Nie ma innej rady. Zatem do dzieła!

 

Ks. Sławomir Bednarski – kapłan archidiecezji częstochowskiej, prezes fundacji „Servire homini”, współredaktor czwartkowych audycji w Radio Jasna Góra „Świadczyć Miłosierdzie”, pedagog, twórca Domu Pomocy Społecznej św. Barbary w Kleszczowie, publikuje na łamach ogólnopolskiego kwartalnika „Apostoł Miłosierdzia Bożego”.

„To nie wojna jest taka straszna, tylko świat, jaki po niej nastąpi. Świat, w który wpadamy jak w bagno, świat nienawiści i sloganów” – George Orwell

Orwell

Wojna polsko – polska wciąż trwa.

Nie bez podstaw mawia się często, że gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania. Nie potrafimy się zgodzić nawet w najbardziej istotnych sprawach. Swoistym paradoksem także jest to, że im więcej mamy wolności i swobody działania tym trudniej dojść do porozumienia miedzy sobą. Nawet w przestrzeni domu rodzinnego czy sąsiedztwa. Wielu już wcześniej pisało i mówiło o naszych, polskich wadach narodowych, z którymi nie podejmujemy skutecznej walki. Do których się przyzwyczailiśmy. Chcielibyśmy zmieniać świat, a brakuje nam wytrwałości, aby samemu i z pożytkiem uporządkować swoje własne życie. W gadaniu nie mamy sobie równych. Trudniej jednak podjąć się realizacji tej, świetlanej i malowanej słowami wizji.

Możemy śmiało powiedzieć, że wszystko mogłoby być piękniejsze i doskonalsze gdyby… Tak bardzo chciało nam się chcieć, jak nam się nie chce! Od dzieciństwa, aż po wiek podeszły wciąż słyszymy i wypowiadamy tłumaczące wszystko – nie chce mi się. Nie chce mi się wstać rano. Nie chce mi się iść do pracy. Wyprowadzić psa czy posprzątać w domu. Nie mam ochoty na aktywność fizyczną i nie mam sił na dbanie o własne zdrowie. Ciągle mam świetne rady dla innych, a najczęściej się do niech nie stosuję. Właściwie wszystko jest taaakie proste, ale tylko do momentu, w którym to sami mamy się zaangażować.

I jeszcze ta nieznośna kłótliwość i brak elementarnego zrozumienia dla drugiego człowieka. Potrafimy się spierać właściwie o wszystko. O to czyja kolej na zrobienie zakupów czy zajmowanie się dzieckiem. O to czyja praca jest ważniejsza i bardziej przydatna społecznie. Nawet o to co znaczą jakieś konkretne słowa. Mała iskierka w naszych relacjach międzyludzkich jest w stanie spowodować wielki i niekończący się pożar. Czy mamy na to jakieś lekarstwo? Oczywiście, że tak. Przecież to nie moja wina. To on/ona jest winny. Oczywiście ja zawsze mogę się pomylić, bo człowiek już jest taki słaby. Każdy mój błąd czy grzech to zwyczajny potknięcie. Tylko ten drugi człowiek to z pewnością robi mi na złość. A tak w ogóle to jak można było tak postąpić? Dla siebie mamy wiele „miłosierdzia i przebaczenia”, ale z pewnością nie dla innych.

Na koniec jeszcze ta walka o rację. Przecież wiadomo, że mimo wszystko to ja miałem rację, a nie ktoś inny. Czasem nawet pytam małżonków, którzy ciągle sobie próbują udowodnić kto miał rację, w takiej czy innej sprawie, jakie to ma znaczenie? Czy to faktycznie najważniejsze kto miał rację? Przecież w tym sporze o rację często można się tak zatracić, że po kilku latach już nikt nie wie od czego się zaczęło. Koniec natomiast jest taki, że to co łączyło dziś dzieli. Ta racja jest nikomu nie potrzebna. Walka zaś o nią skutkuje często, a może i zawsze trwałymi nieporozumieniami i brakiem zgody. I po co?

Na każdym kroku stykamy się z tym co stanowi o naszych narodowych wadach. Codziennie musimy się z nimi mierzyć i podejmować z nimi walkę. Znalazłem kiedyś taki przejmujący cytat autorstwa Wiliama Muraya: „Dopóki się nie zaangażujesz, czujesz wahanie, widzisz szansę na wycofanie i brak ci efektów. Istnieje jedna elementarna prawda, dotycząca wszelkich przejawów inicjatywy i twórczości, której nieznajomość unicestwiła niezliczone marzenia i doskonałe plany: w chwili kiedy decydujesz się zaangażować, budzi się również Opatrzność”. W każdej sprawie i w każdym czasie konieczna jest współpraca z Panem Bogiem na gruncie wszelakiej życiowej walki. W zakresie rozwijania otrzymanych talentów i zmagania się z grzechem czy osobistymi wadami. Zawsze i na każdym etapie trzeba nam mieć niezachwiane przeświadczenie, że błogosławieństwo Boże jest w zasięgu ręki, że zwycięstwo jest tuż za rogiem. Pod warunkiem, że wyjdziemy z naszego komfortowego piedestału krytyka i biernego obserwatora.

Okazji mamy wiele szczególnie w tym roku. Zbiegły się ze sobą dwa ważne jubileusze. 1050-lecie Chrztu Polski oraz Rok Miłosierdzia. Pewnie wielu napisze i powie na ten temat wiele. Ja chciałbym się skupić tylko na jednej sprawie, która wypływa z połączenia i synergii tych dwóch niezwykłych darów Pana Boga dla nas. Z jednej strony wciąż nieodkryta tajemnica Miłosierdzia, a z drugiej te przytłaczające ponad tysiącletnie urodziny Polski i Polaków, dla Nieba. Połączenie tych bogatych w treść wydarzeń  MUSI skłaniać nas do głębszej refleksji, wyciągania wniosków, a wreszcie także osobistej przemiany.

Na czas tegoż świętowania warto zakończyć te polsko – polskie wojny. Zarówno te na szczytach władzy jak i w zaciszach rodzinnych domów. Czas szybko minie, a wkrótce znów zorientujemy się, że tyle dobrego mogliśmy zrobić tylko czasu zabrakło. Byliśmy przecież tak zajęci kłótniami, sporami i udowadnianiem sobie nawzajem kto miał rację. Opatrzność Boża daje nam wyraźną zachętę, abyśmy tego czasu nie zmarnowali. Trzeba nam wreszcie zrozumieć, że 1050 lat temu Polska została ochrzczona i tym samym wszczepiona na trwałe w Chrystusa. Ileż to razy każdy z nas osobiście zapomniał stanąć na wysokości zadania? Ileż to razy, w całości jako naród, ale i indywidualnie, występowaliśmy przeciwko Panu Bogu, Krzyżowi i Ewangelii? Świadomość ochrzczenia winna być tym ważniejsza, że współczesny świat i ludzie na nim żyjący bardzo daleko odeszli od związanego z chrztem świętym dziecięctwa Bożego.

Pamiętamy słowa samego Jezusa skierowane do nas przez objawienia św. Faustyny i zapisane w jej dzienniku: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje”. To przesłanie Chrystusa jest nie tylko swego rodzaju nobilitacją i wywyższeniem Polski i Polaków, ale jest także ogromnym zadaniem. Warunek Jezus postawił jasny i czytelny mamy być posłuszni woli Bożej. Posłuszeństwo będzie mogło się aktualizować w codzienności jeśli wpierw poznamy tę Bożą wolę, przyjmiemy ją i co najtrudniejsze wprowadzimy w nasze codzienne życie. Szukanie Bożej woli to niełatwe, ale i kluczowe zadanie w roku dwóch wielkich jubileuszy.

Miłość Chrystusa jest z pewnością wymagająca stąd podejmijmy szczególnie w tym roku większe życiowe zadania, także w przestrzeni wiary. Lektura Pisma Świętego czy Dzienniczka św. Faustyny, pielgrzymowanie do miejsc świętych, podejmowanie czynów miłosierdzia to tylko nieliczne z możliwości proponowane przez Kościół. Przestańmy wreszcie narzekać i krytykować wszystko i wszystkich. Świat i Kościół to Ty i ja. Więc jeśli oczekujesz lepszego świata i bardziej chrystusowego Kościoła, zmianę i naprawę zacznij, w tym roku, od siebie. Im więcej dobra i miłości wniesiesz w roku jubileuszy we własne otoczenie i życie tym więcej będzie go w Kościele i świecie. Z dumą z rocznicy Chrztu Polski i pokorą niezbędną w Roku Miłosierdzia złóżmy ochoczo i z radością własną cegiełkę w budowę lepszego świata i bardziej świętego Kościoła.

 

Autor – Ks. Sławomir Bednarski – prezes fundacji „Servire homini” – (tekst pochodzi z ogólnopolskiego kwartalnika „Apostoł Miłosierdzia Bożego”).

„Skąd się bierze w Polsce tyle rozwodów?”

OK

 

Jak podaje Główny Urząd Statystyczny w Polsce dramatycznie wzrasta liczba rozwodów. Każdego roku rozpada się trzecia część zawieranych małżeństw. Skąd takie złe statystyki? Dlaczego tak się dzieje? Nie łatwo wypracować jednolitą i prawdziwą diagnozę, gdyż kompleksowo nie można rozpatrywać odmiennego charakteru każdego małżeństwa. Pokuszę się jednak o to, by zastępując ściśle określone badania naukowe zastąpić wyjątkowo pojemnym określeniem wydaje mi się. No może nawet jestem przekonany, choć nie chce i nie będę podawał żadnego przypisu do moich opinii.

Po pierwsze świat przyspieszył. Młodzi ludzie wciąż za czymś gonią. Dawniej mówiono, że się dorabiają. Praca, dom, praca, dom. W ciągłym biegu. Nie ma czasu na solidny odpoczynek, rozmowę, wspólne bycie razem. Przychodzi zmęczenie, rozdrażnienie i nerwy. Wtedy wszystko jest źle. Złe zachowanie, odezwanie się do siebie i złe myśli, które wciąż powracają. Przestaje się rozmawiać, bo często pojawia się wrażenie, że po co się kłócić i właściwie mur między małżonkami sam rośnie. Nawet do końca nie wiedzą kiedy, a już między sobą mają wzniesioną potajemnie i wysoką po niebo przeszkodę. To jednak może i dałoby się przezwyciężyć gdyby nie kolejne okoliczności.

Po drugie odległości. W czasach moich rodziców praca była zazwyczaj na miejscu. Pewnie nie dla wszystkich, ale często się zdarzało, że młody człowiek przyjmując się do swojego pierwszego zakładu pracy, odbierał z niego po latach dokumenty potrzebne do uzyskania emerytury. Obecnie to prawie nie do pomyślenia. Zmieniły się realia. Dziś ważnym elementem w CV powinno być – dyspozycyjny. Praca w delegacji lub całkiem za granicą powoduje, że młodzi ludzie często zaraz po zawarciu związku małżeńskiego żyją jakby dwoma odrębnymi życiami. Każde swoim. Choć pewnie czasem one się ze sobą łączą to zazwyczaj nie trwa to zbyt długo. Np. kierowca ciężarówki w systemie trzy tygodnie w pracy, a tydzień w domu. Wielu takich dziś znajdziemy. Sądzę, że to jeszcze nie najgorszy scenariusz. W takiej sytuacji żona musi sobie w domowych sprawach radzić sama. Sama wraca z pracy zajmuje się domem i dziećmi i sama uczestniczy we wszystkim, co z dziećmi związane. Pierwszy ząbek, pierwsze słowo czy później występ w przedszkolu. Takie historie miną pracującego daleko tatę i męża. Zostaną tylko telefoniczne, krótkie rozmowy, czy tzw. Skype.

Po trzecie dzieci. Tu ciekawostka. Wspomniany już przeze mnie GUS analizując temat rozwodów zauważył pewną prawidłowość. Im więcej dzieci tym statystyczne prawdopodobieństwo rozwodu znacznie maleje. Można ująć to w taki sposób, że dla każdego małżeństwa najlepszym spoiwem są rodzone i wychowywane wspólnie dzieci. Dla mnie było to autentycznie zaskakujące, że rodzący się maleńki człowiek, ma taką siłę łączącą związki małżeńskie. Dochodzimy, więc powoli do pewnych konkretnych spostrzeżeń. Małżonkowie mający dzieci, od samego początku ich życia uczą się wspólnie żyć, dla kogoś. W tej właśnie relacji nie najważniejsze są osobiste pragnienia czy oczekiwania, ale właśnie wspólna troska o rodzące się nowe życie. Najpierw w łonie matki,
a później rzecz jasna poza nim.

Po czwarte wartości. Jako duszpasterz widzę to wyraźnie, że człowiek buduje świat wokół siebie na fundamencie swoich własnych wartości. Czym jednak one są? Nazwę je tak roboczo priorytetami. Czyli można rzec, że człowiek bardzo często w dzieciństwie ma położony przez rodziców fundament pod budowanie własnego życia. Tego szuka w całym życiu co jest dla niego ważne. Ten kto widział w swoim rodzinnym domu autentyczną miłość swoich rodziców. Kto patrzył na ich wzajemne relacje i budował się ich wzajemną życzliwością, będzie starał się to przenieść do swojego życia. Może nie zawsze skutecznie, bo przecież małżeństwo to przecież związek dwojga odrębnych i często całkowicie różnych osób. Z pewnością jednak będzie próbował. Tak samo rzecz się ma w sprawach wiary. Dziecko, które widzi modlącego się ojca czy matkę także uwzględni Pana Boga w swoim życiu. Sam pamiętam, że jako dziecko czasem wchodziłem wieczorem do pokoju rodziców i widziałem swojego tatę, zmęczonego po pracy, ale jednak modlącego się. Klęcząc trzymał twarz w swoich rękach. Tego rodzaju obrazy zostają w wyobraźni i wspomnieniach dziecka na całe życie.

Wreszcie po piąte wizja małżeństwa. Czasem tłumaczę tę sprawę młodzieży używając pewnego porównania. Małżeństwo sakramentalne nie może być podobne do umowy kupna-sprzedaży samochodu. Sakrament nie jest tylko jakąś umową, w której zawierający ją zgadzają się na widoczne wady współmałżonka i mają gwarancję rozruchową na jakiś czas. W razie czego wiedzą jednak, że umowę można rozwiązać i „towar” zwrócić. Tego rodzaju wizję lansuje np. polskie prawo małżeńskie. Wystarczy brak zgodności charakteru czy rozpad pożycia małżeńskiego i na drugiej wizycie w sądzie sprawa się kończy. Tylko koszty trzeba pokryć i podzielić majątek. Sakrament małżeństwa nie jest jakąś tam umową. Tłumaczę to zawsze w ten sposób, że w sakramencie małżeństwa małżonkowie oddają sobie nawzajem prawo własności do siebie. Skutkiem tego aktu jest to, że ani on, ani ona nie jest już właścicielem siebie. Jego akt własności spoczywa w sercu współmałżonka. Pewnie, że to tylko metafora, ale wiele mówiąca o sakramencie małżeństwa. Żona posiadająca akt własności do męża może swobodnie mu powiedzieć: nie podoba mi się Twoje postępowanie. Mąż natomiast może także pokusić się o ripostę: zbyt długo siedzisz przed komputerem. I nie chodzi tu jedynie o jakieś wzajemne „wypominki”, ale o autentyczną troskę o siebie nawzajem. Tylko wzajemne zabieganie o zawiązany przed Bogiem sakramentalny węzeł może być gwarancją, która nie boi się próby czasu.

Podsumowując chciałbym się posłużyć zasłyszaną kiedyś historią. W sakramentalnym małżeństwie i chrześcijańskiej rodzinie muszą cały czas być obecne trzy stoły. Pisałem już kiedyś o wartości i ważności stołu w kuchni, na którym, a raczej przy którym powinno się rozgrywać rodzinne i małżeńskie życie. To przy kuchennym stole nie może zabraknąć nikogo i nie może zabraknąć wspólnej i szczerej rozmowy. Drugi stół to stół małżeńskiego łoża. Na tym stole dokonuje się ofiara małżonków z siebie nawzajem. Łoże musi łączyć i budować relacje małżeńskie. I wreszcie trzeci stół, od którego właściwie powinienem rozpocząć – Stół Eucharystii, do którego powinna zasiadać każda chrześcijańska rodzina nie tylko regularnie, co tydzień, ale najlepiej także razem. Te trzy stoły to klucz do odpowiedzi na tytułowe pytanie. Gdzie brakuje tych trzech stołów to małżeństwo i rodzina słabnie i z czasem nie ma siły na trwanie i zatroskanie, gdyż brakuje pożywienia, brakuje pokarmu. Każdy z tych stołów odpowiada, tak symbolicznie, za konkretną sferę ludzkich potrzeb. Na płaszczyźnie fizycznej, psychicznej i duchowej rozgrywa się budowanie dobrego i świętego małżeństwa. Stąd warto przemyśleć sobie osobiście czy trzy stoły w małżeństwie rzeczywiście odgrywają tak istotną rolę. Zostawiam drogich Czytelników z pewnym niedosytem, ale robię to celowo, by nie zabrakło osobistej refleksji, a może nawet protestu przeciwko temu co chciałem Wam przekazać. Niech każdy z Was sam, osobiście przyjrzy się swojemu otoczeniu i oceni czy w tym tekście znajduje się choć krzta prawdy. I proszę nie mówić, że takie są czasy, albo że świat się zmienił. To my ludzie budujemy świat i zmieniamy czasy, w których żyjemy.

Ks. Sławomir Bednarski – prezes fundacji „Servire homini” – (tekst ze stałej rubryki ks. Sławomira: „Oczami Wiejskiego Wikarego”z ogólnopolskiego kwartalnika „Apostoł Miłosierdzia Bożego”).

„”Początkiem dobrych czynów jest wyznanie złych”. Św. Augustyn

Stein

Idee mają konsekwencje

Od dłuższego czasu zadaję sobie pytanie: czy Europa jaką znamy przetrwa obecną próbę, związaną z masowym napływem imigrantów? Czy może przyjdzie nam żyć w ciągu kilkudziesięciu lat w Emiratach Wielkopolski czy Sułtanacie Mazowieckim? Nie ma rzecz jasna łatwej odpowiedzi na tak postawione pytania, ale sytuacja nie wygląda zbyt optymistycznie. Z jednej strony żyjemy pod nieustannym pręgierzem propagandy medialnej, która nie pozwala samodzielnie myśleć, a z drugiej to co się dzieje jest tak nowe i nieprzewidywalne, że nie wiadomo co należałoby zrobić, aby wyjść z opresji możliwie bez szwanku.

Przypominam sobie z historii kilka najazdów muzułmanów na Europę. 1571 rok pod Lepanto, gdzie stoczono największą w tamtych czasach bitwę na morzu. Zagrożenie zostało oddalone, choć ceną była olbrzymia liczba ofiar. Następnie rok 1683. Bitwa pod Wiedniem i starcie husarii pod dowództwem króla Polski Jana III Sobieskiego z Imperium Osmańskim. Wielkie zwycięstwo. Niestety te historyczne triumfy są dziś jedynie wspomnieniem. Sytuacja zmieniła się diametralnie. Powszechnie od kilkudziesięciu już lat w Europie trwa rewolucja multi-kulti czyli celowe i programowe mieszanie kultur. Zakłada się, że po wymieszaniu różnych języków, tradycji, wartości każda z kultur mieszających się zostanie ubogacona przez tę drugą, nową. Czy to jednak możliwe?

Już Feliks Koneczny, znawca tego tematu ostrzegał, że przy starciu się dwóch obcych cywilizacji zawsze zwycięży ta niżej stojąca. Europa podcinając od lat korzenie, z których wyrosła dziś nie ma już niczego czym mogłaby się obronić. Nie ma wartości wypływających z Ewangelii, które przez wieki ustawiały relację każdego człowieka do Boga i ludzi. Nie ma woli walki o swój dom i życie. Nie ma także żadnego sensownego argumentu, który poderwałby z letargu ludzi żyjących we współczesnej Europie. Wydaje się, że mieszkańcom „starego kontynentu”, jest wszystko jedno, bo wiara, wartości, moralność to jedynie „prywatna sprawa człowieka”, która dziś nie ma większego znaczenia.

Zapomina się dziś, że idee mają konsekwencje. Jeżeli najważniejsze dla człowieka stają się pełny brzuch i ciepła woda w kranie, jest całkowicie bezbronny. I nie chodzi mi tu o rozbrojenie militarne, a o bezbronność wewnętrzną. Bo cóż może zdziałać współczesny człowiek w sytuacji kryzysu? Ponarzekać? Potupać nogami? Obrazić się na cały świat? Jesteśmy w Europie całkowicie bezbronni i to na własne życzenie. I właśnie w tej nowej rzeczywistości przychodzi nam się zmierzyć z nową sytuacją. Setki tysiące ludzi ze wschodu stoją u bram Europy i czekają na przyjęcie. Setki tysięcy już jest i próbuje się rozgościć, żądając zasiłków, dachu nad głową, jedzenia, lekarstw
i co najważniejsze azylu.

Znam statystyki, że w krajach objętych wojną żyje ponad 60 milionów ludzi, którzy prędzej czy później będą się poważnie zastanawiać czy nie wyruszyć za swoimi ziomkami do cudownego świata, w którym nie trzeba pracować, a pieniądze lecą z nieba za nic nie robienie. W tym miejscu warto przypomnieć wskazówkę św. Pawła z 2 Listu do Tesaloniczan: „Kto nie chce pracować, niech też nie je”. Czy to słuszna droga, by swoim obywatelom wypłacać rodzinne w wysokości kilkudziesięciu złotych, a imigrantom i to takim, którzy nie zamierzają pracować fundować „wczasy” na koszt podatnika? Z pewnością to błędna droga i trzeba czym prędzej wrócić do podstawowych zasad ewangelicznych. Nie należy także zbytnio martwić się o cudze dzieci, jeśli własne nie mają stosownych warunków do życia.

Dodatkowo można zaobserwować medialny chaos towarzyszący napływowi setek tysięcy imigrantów. Choćby chaos semantyczny. Bo przecież uchodźca jak nazywa się imigrantów to kategoria prawna. Ucieka ze swojego rodzimego kraju z powodu wojny, prześladowań terroru politycznego, a nie z powodu łatwego życia i korzystania z gościnności krajów Europy. Niewielki procent tych, którzy już przybyli spełnia to wymaganie prawne. Reszta to zwyczajni nielegalni imigranci, którzy powinni być deportowani do granicy i wypuszczeni. Uchodźcom zaś należy się azyl, zgodnie z prawem międzynarodowym, ale w najbliższym państwie nie ogarniętym wojną.
Z pewnością więc, nie są to kraje Europy. Stare łacińskie przysłowie powiada: Dura lex sed lex, czyli twarde prawo lecz prawo. Należałoby go przestrzegać, ale i tego już nie ma u schyłku cywilizacji.

Ciekawą też sprawą jest to, że państwa najbliższe religijnie i kulturowo nie mają zamiaru przyjmować imigrantów. Jak odpowiedziały władze Arabii Saudyjskiej na zarzut bierności? Nie będziemy przyjmować imigrantów, gdyż mogą być wśród nich terroryści. W krajach Europy się tego nie boją? Kolejne przysłowie mówi, że „lepiej zapobiegać niż leczyć”. Ale nie w naszym przypadku. Dajemy wiarę bezpodstawnym zapewnieniom, że wszystko będzie dobrze i nie ma się o co martwić. Hmm faktycznie? Nie znam powodów, które kierują rządzącymi w tej polityce imigracyjnej XXI wieku, ale wątpliwości jest więcej niż pewności. I jeszcze te zapewnienia tzw. celebrytów, którzy deklarują, że mogą nawet zaprosić imigranta do swojego domu na stałe. Mijają miesiące od pierwszej fali imigracji i nie są powszechnie znane takie sytuację, żeby któryś z tych zapowiadających przyjął nieproszonych gości na stałe pod swój dach.

Jeszcze sprawa unijnego prawa łączenia rodzin. Tysiące imigrantów to w większości młodzi mężczyźni, którzy samotnie przemierzają setki kilometrów i przepływają w pontonach przez morze. Kiedy już osiedlą się w którymkolwiek państwie europejskim będą mogli zażądać na podstawie wspomnianego prawa, aby na koszt państwa, które go przyjęło ściągnąć mu resztę rodziny. Łatwo można policzyć, że z tych setek tysięcy zrobią się miliony. Czy Europa jest w stanie to wytrzymać? Czy konsumpcyjne społeczeństwo może stawić czoła temu nowemu zjawisku, którego nigdy wcześniej w świecie nie było?

Wielu spośród moich kolegów i znajomych czuje się bardzo niekomfortowo, gdy wypowiadając swoją opinię na temat imigrantów słyszy odpowiedź, że Polacy też wyjeżdżają. To prawda, ale czy jest w takim porównaniu sens? Polacy wyjeżdżają, by ciężko pracować. Nie zamierzają w żadnym kraju pobytu być ciężarem, raczej są cenionymi pracownikami czy przedsiębiorcami. Pracują dużo i solidnie nie czekając ma zasiłek czy mieszkanie. Co więcej w naszym kraju nie znajdziemy ani jednej grupy terrorystycznej, która podkładałaby bomby czy obcinała ludziom głowy. Wśród imigrantów są i tacy, którzy należą do tajnych grup terrorystycznych. Co rusz pojawia się nowe nazwisko i nowa twarz człowieka, który został przygotowany, by walczyć o swoje wartości czy swoją wiarę.

Wspomniałem w tytule, że idee mają konsekwencje. To nie tak jak myślą zwolennicy multi-kulti, że w zderzeniu dwóch różnych i obcych sobie cywilizacji, obie zostaną ubogacone. Czeka nas z pewnością trudny czas. I choć przemiany będą postępowały stopniowo i powoli, to warto i trzeba nam mówić jasno czego się obawiamy i dlaczego nasza staropolska gościnność w przypadku fali imigrantów jest czasowo zawieszona. Byłbym może nawet skłonny na wiele ustępstw w swoich obawach i wątpliwościach, gdybym zauważył reakcję wzajemną. Jeśli w krajach muzułmańskich przestanie się zabijać chrześcijan. Jeżeli przestanie się prześladować, straszyć wypędzać z powodu Chrystusa. Jeżeli posiadanie Pisma Świętego nie będzie karane śmiercią. Mógłbym wiele moich wątpliwości odsunąć i zapomnieć, ale niestety wzajemności w relacjach nie ma i pewnie nie będzie. Europa otworzyła granicę dziś, konsekwencje tej decyzji przyjdzie poznać jutro. Oby nie spełniła się wypowiedziana przed laty przestroga jednego z przywódców muzułmańskich, że zdobędą Europę brzuchami swoich kobiet. Zostawiam Czytelników z refleksją o przyszłości, gdyż tylko powrót do wartości ewangelicznych, które zbudowały Europę jest lekarstwem na chorobę multi-kulti.

Autor tekstu – Ks. Sławomir Bednarski – prezes fundacji „Servire homini” (Teksst ukazał się w ogólnopolskim kwartalniku „Apostoł Miłosierdzia Bożego”)

„Doszliśmy jednak do sytuacji, w której rozwój naszego kraju, narodu i każdego obywatela jest mocno zagrożony”.

Demografia

 

Ekonomia w kontekście demografii

O trawiącym współczesną Europę kryzysie słyszeliśmy już pewnie w wielu różnych aspektach. Mówi się dziś często o kryzysie wartości, rodziny, wiary, o kryzysie człowieczeństwa. Ja w obecnym artykule nie będę podnosił szeroko tematu kryzysu, a skupię się jedynie na pewnej zamierzonej konstrukcji, a mianowicie postaram się pokrótce odpowiedzieć na pytanie: jakie skutki dla ekonomii da katastrofa demograficzna? Nie w kontekście całej Europy, a jedynie Polski.

Sądzę, że nikogo nie trzeba przekonywać do tego, że świat, w którym dziś żyjemy zmienia się bardzo szybko. Zarówno, jeśli idzie o nowinki techniczne, za którymi coraz trudniej nadążyć, jak i o strukturę społeczną. Można by rzec, że świat narodzin każdego z nas zupełnie nie będzie przypominał świata naszej śmierci. Wraz ze światem zmienia się i człowiek, ale to temat na inne rozważanie. Skupmy się jednak na temacie gospodarki i ekonomii.

Po pierwsze temat emerytur. Kiedy na jednego emeryta pracują przynajmniej cztery osoby jego stan jest względnie dobry i stabilny. Jednak by tak było struktura społeczna powinna tworzyć piramidę zwróconą ku górze. Znaczy to ni mniej ni więcej tylko tyle, by ilość rodzących się dzieci znacznie przewyższała liczbę ludzi w podeszłym wieku. Tylko tyle i aż tyle. Dziś wiemy, że Polska jest jednym z ostatnich państw świata, jeśli idzie o dzietność. Gdy dołożymy do tego rozwój medycyny i statystycznie coraz dłuższe życie człowieka. Gdy dodamy do tego szybko rozwijającą się technikę, która nie potrzebuje tak wiele ludzkiej pracy i zaangażowania. Wynik z pewnością musi napawać dużymi obawami. Jak w zmieniającym się świecie poradzi sobie przeciętny mieszkaniec naszego kraju? Można by powiedzieć, że jest łatwe rozwiązanie tego problemu – wiek emerytalny na poziomie 120 lat lub przymusowa eutanazja ludzi w podeszłym wieku. Jednak takie rozwiązania nijak się mają do chluby, z jaką wypowiada się słowa – cywilizacja europejska. A może właśnie stan demografii jest pierwszym sygnałem upadku zachodu?

Po drugie temat rozwoju. Każde nowe pokolenie w XX wieku żyło znacznie lepiej niż ich poprzednicy. Można było zawsze powiedzieć, że rodzice pracowali ciężko po to, by ich dzieci miały lepiej. Budowy domów, remonty, ulepszanie obejścia były wyraźnymi znakami tego, że się rozwijamy. Każde nowe pokolenie żyło znacznie wygodniej i dostatniej od poprzedniego. Doszliśmy jednak do sytuacji, w której rozwój naszego kraju, narodu i każdego obywatela jest mocno zagrożony. Wprawdzie i dziś widzimy wiele inwestycji i tych strukturalnych typu drogi i budowle i tych prywatnych typu nowe mieszkania czy domy jednak zmieniło się coś naprawdę zasadniczego.

O ile jeszcze przed dwudziestu laty Polacy inwestowali w większości własne oszczędności to dziś gro z widocznych przedsięwzięć opartych jest w znacznej mierze na kredycie. Jaki tego będzie skutek? Ano taki, że te tworzone dziś inwestycję będzie kiedyś trzeba nie tylko utrzymać, ale spłacić zaciągnięte na nie kredyty. Robić to będą niestety w znacznej mierze przyszłe pokolenia. Dziś żyjemy na kredyt i pewnie większość z nas się nad tym nie zastanawia, ale trzeba nam zadać pytanie: w jaki sposób będą żyć nasi następcy? Wiemy przecież, że już dziś każde rodzące się w Polsce dziecko jest obarczone dziesiątkami tysięcy zobowiązań na samym starcie swojego życia.

Kolejny z istotnych moim zdaniem tematów to m. in. rynki finansowe. Współcześnie, gdy struktura demograficzna Polaków jest jeszcze nie najgorsza, a piramida wieku mieszkańców jeszcze się do końca w Polsce nie odwróciła do góry nogami. Jest wielu takich, którzy starają się nadmiar zarobionych środków jakoś odłożyć, a to kupują akcje, a to szukają mieszkania pod wynajem dla studentów, a to odkładają na lokaty czy kupują złoto. Statystyki podpowiadają, że taki stan oszczędzania trwa często między 30 a 60 rokiem życia. Wówczas jeszcze zdrowie nie jest najgorsze, a i sprawność zawodowa i operatywność plasuje się na dobrym poziomie. To właśnie Ci wszyscy oszczędzający wykupują np. akcje powodując, że ich ceny przez ostatnie dziesięciolecia średnio rosły. Co jednak się stanie, gdy wspomniana piramida demograficzna się odwróci? Ano ilość oszczędzających osób będzie znacznie mniejsza niż dziś, a ilość korzystających z własnych oszczędności lawinowo wzrośnie. Przecież człowiek starszy potrzebuje więcej środków na leczenie, odpoczynek czy nawet po to by pomóc finansowo swoim dzieciom, a zdarza się nie rzadko, że żyje się im ciężko. W tej konkretnej sytuacji ilość sprzedawanych inwestycji wzrośnie,
a to spowoduje drastyczny spadek cen. Nie tylko akcji, ale i mieszkań czy ogólnie nieruchomości. Przecież, aby skorzystać ze swoich oszczędności trzeba je wpierw spieniężyć. Wiele firm odczuje ten stan bardzo drastycznie i o ile nie znajdzie się rozwiązania systemowego tego stanu zapaści demograficznej trudno wyobrazić sobie nawet, jak będzie wyglądała Polska, za kilkadziesiąt lat.

Wtrącę tu pewną dygresję. Kilku moich kolegów pracuje na parafiach w mieście, na osiedlach złożonych z bloków. Już dziś widać, że w mieszkaniach często mieszka jedna osoba, babcia czy dziadek, którzy utrzymując to swoje mieszkanie, często zbyt duże. Trzymają je dla wnuków. Ten swój ogromny wysiłek podejmują po to by coś najbliższym zostawić. Warto pomyśleć, co się stanie z tymi mieszkaniami, gdy umrą. Kto w nich zamieszka, albo kto je kupi gdy będzie ich znacznie więcej niż dyktuje popyt?

Wreszcie dochodzimy do tematu gospodarki. Wiele gałęzi przemysłu i usług ma się dziś nieźle. Ciągle się rozwijają proponując swoim klientom coraz to nowsze i doskonalsze produkty. Zauważmy jednak, że proces zapaści demograficzne wpłynie i na te realia. Przecież wiele gałęzi przemysłu zwinie się w ciągu zaledwie dziesięciu lat, albo zostając w strefie niszy, albo całkowicie znikając. Przykładem niech będzie bardzo newralgiczne dziś w Polsce zamykanie szkół. Przecież szkoły są potrzebne tylko wtedy, gdy mają komu służyć. Po cóż szkoły w małych miejscowościach, gdy liczba dzieci w wieku szkolnym nie przekracza np. kilkunastu? Dziś jeszcze wiele samorządów walczy o utrzymanie maleńkich placówek, ale już wkrótce bilans ekonomiczny
z pewnością zwycięży nad logiką wyborczą. Inny przykład to firmy szkoleniowe, produkcyjne, usługowe i itp. Przecież przeciętny polski senior otrzymując każdego miesiąca emeryturę nie ma zbytnio, czym rządzić. Wysokość tych świadczeń często określa się z przekąsem, że ani za nie żyć, ani umrzeć. Pierwszymi wydatkami muszą w tej sytuacji być produkty spożywcze, lekarstwa czy opał. Z większości innych potrzeb z pewnością można, a nawet trzeba, przy niewielkiej emeryturze zrezygnować. Warto o tym pomyśleć już dziś podejmując się działalności gospodarczej, że stan względnego komfortu wkrótce się skończy.

Na koniec, po tym odrobinę pesymistycznym obrazie, garść podsumowań. Nie sztuka udawać, że nic się nie dzieje, a problemami obarczać przyszłe pokolenia. Trzeba nam się przygotować do zmieniających się realiów życia. A działać trzeba dwutorowo. W rodzinie przyjąć z radością dzieci, którymi Pan Bóg obdarzy. Starać się własne dzieci dobrze wychować, na fundamencie wartości, które pozwolą liczyć na przyszłą pomoc w starości. Natomiast od strony zawodowej ciężko i efektywnie pracując zawsze należy pamiętać, by nigdy nie wydawać więcej niż się zarabia. Trzeba nam wrócić do korzeni, a nimi z pewnością można uznać słowa patrona Europy św. Benedykta „Módl się i pracuj”, czyli wykorzystaj swój czas na to, by rozsądnie przeżyć każdy dzień.

 

Ks. Sławomir Bednarski – prezes fundacji „Servire homini” – tekst ukazał się w ogólnopolskim kwartalniku „Apostoł Miłosierdzia Bożego”

„Cywilizacja to nie ziemia i miasta, nie zamki i fabryki, nie armie i populacje milionowe nawet – ale przede wszystkim i najsampierw: zdrowy, spójny związek moralności, wiary, prawa i obyczaju” – Feliks Koneczny

Józef

Choroba cywilizacji zachodniej
 
Cywilizacja zachodnia cierpi od wielu lat na swego rodzaju chorobę. Po oderwaniu prawa i obyczajów od chrześcijańskiej etyki i nauki Ewangelii toczy ją dolegliwość gorsza od nowotworu. Gorsza nie tylko ze względu na skutki zmierzające do unicestwienia i śmierci starego kontynentu, ale także ze względu na coraz szybszy bieg w stronę przepaści. Im większa prędkość tzw. „postępu” tym trudniejsza refleksja nad obecnym stanem i tym większe niebezpieczeństwo, które zaczyna nam zagrażać ze strony innych cywilizacji i kultur.
 
Zwróćmy uwagę na temat tzw. praw człowieka, które od połowy minionego wieku roztaczają coraz szerzej, zgoła fałszywą koncepcję, obrony człowieka przed niebezpieczeństwami. Jednocześnie dając uprawnienia moralnie niedopuszczalne nawet przez zwykły zdrowy rozsądek. Tak dla przykładu dyskusja podejmowana od ponad pięćdziesięciu lat na temat prawa do życia człowieka z jednej strony pięknie opisuje wartość ludzkiego życia, a z drugiej poddaje w wątpliwość kiedy życie jest na tyle wartościowe, aby podlegało ochronie prawa. Zarówno życia ludzkie jeszcze nienarodzone, niepełnosprawne jak i u schyłku swych dni, wartościowane jest ze względu na swą użyteczność i ocenę konsumpcyjną. Sądzi się wciąż w Europie, że życie matki jest bardziej cenne od życie noszonego pod sercem dziecka, czy życie zdrowego człowieka znacznie przewyższa wartość człowieka w chorobie lub w podeszłym wieku.
 
Mimo tych werdyktów wartościujących, współczesna Europa nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, skąd bierze się owa mityczna władza do decydowania o życiu lub śmierci kogokolwiek. Brak jasnych uzasadnień powoduje wiele pokrętnych stwierdzeń dotyczących np. świadomości bycia człowiekiem, czy użyteczności człowieka chorego dla ogółu społeczeństwa. Zdarzają się i tacy którzy wartościując w ocenie godność różnych osób posługują się argumentem ekonomicznym.
 
Dla chrześcijan życie ludzkie ma niezaprzeczalną wartość nie dlatego, że jest świadome i w pełni użyteczne dla ogółu, ale dlatego, że jest DAREM i ZADANIEM samego Boga. Nie wiedzieć czemu Pan Bóg stwarzając świat nie uczynił go idealnym, bez mankamentów. Można w nim spotkać szereg kataklizmów, klęsk, głogu i chorób. Być może jednak taki świat jest potrzebny człowiekowi, żeby mógł czynić dobro. Żeby uczył się miłości do Boga i ludzi. Żeby starał się zrozumieć kruchość ludzkiego życia i istnienia świata. Pozbycie się sprzed oczu ludzi, którzy potrzebują pomocy w codziennym życiu, którzy potrzebują drugiego człowieka spycha ludzkość w przepaść egoizmu, w którym święty spokój i wygoda są ważniejsze niż wrażliwe serce, życzliwość i ofiarna miłość.
 
We współczesnym świecie jak nigdy potrzeba świadectwa kochających rodziców, którzy z radością przyjmą wiadomość o nowym poczętym życiu. Potrzeba miłości dzieci, które będą z troską pochylały się nad swoimi starszymi i schorowanymi rodzicami. Potrzeba wreszcie refleksji nad tym, że chorobą świata nie są jego „mankamenty”, a brak miłości do Boga i bliźniego. Świat będzie przecież taki jakim uczynią go żyjący na nim ludzie. Niech puentą tego rozważania będzie modlitwa bł. Matki Teresy z Kalkuty pt. „Czy chcesz moich rąk?”. Każdy z nas ma wszelkie możliwości, aby uczynić lepszym świat, na którym żyje.
 
Panie, czy chcesz moich rąk,
by spędzić ten dzień
pomagając biednym i chorym,
którzy ich potrzebują?
Panie, daję Ci dzisiaj moje ręce.
Panie, czy potrzebujesz moich nóg,
aby spędzić ten dzień
odwiedzając tych,
którzy potrzebują przyjaciela?
Panie, dzisiaj oddaję Ci moje nogi.
Panie, czy chcesz mego głosu,
aby spędzić ten dzień
na rozmowie z tymi,
którzy potrzebują słów miłości?
Panie, dzisiaj daję Ci mój głos.
Panie, czy potrzebujesz mojego serca,
aby spędzić ten dzień
kochając każdego człowieka tylko dlatego,
że jest człowiekiem?
Panie, dzisiaj daję Ci moje serce.
Sławomir Bednarski – kapłan archidiecezji częstochowskiej, prezes fundacji „Servire homini”, twórca Domu Pomocy Społecznej w Kleszczowie, katecheta, publicysta ogólnopolskiego kwartalnika: „Apostoł Miłosierdzia Bożego”.
(„Apostoł Miłosierdzia Bożego”).