„Apostolstwo jest koniecznym owocem zarówno miłości Boga, jak i prawdziwej miłości bliźniego” – D. von Hildebrand

Kubina

 

Podczas audiencji ogólnej 12 lipca 1967 r. papież Paweł VI dokonując analizy czasów współczesnych powiedział: Świat nie docenia już Kościoła, tak, jak to powinien, że nie dostrzega już w nim wystarczająco Chrystusa, że nie ma już do niego takiego zaufania, jak on na to zasługuje. Słowem, jest tu jakiś rów, jakaś wrogość niekiedy, która ukazuje Kościół jako kogoś obcego, jako jakiś przeżytek, jako jakiegoś wroga społeczeństwa
i nowych czasów („Będziecie mi świadkami”).

W celu nawiązania dialogu ze światem, Kościół desygnoiwał do apostolstwa w obrębie Ludu Bożego i świata wiernych świeckich. Pisząc o apostolstwie świeckich warto przypomnieć pewne jakże bogate w symbolikę wydarzenie z udziałem papieża Pawła VI. 1 września 1963 r. w katedrze we Frascati, Paweł VI podczas przemówienia z okazji  uroczystości pokanonizacyjnych, św. Wincentego Pallottiego, stwierdził wprost: Laikatowi do niedawna pozostawało jedynie być dobrym wiernym, dobrym słuchaczem. Dzisiaj, na odwrót – wraz z kulturą nowoczesną, laik się przebudził i uświadomił sobie swoje powołanie. I powtarza z radością: również moim obowiązkiem jest współdziałać. Nie mogę być już jedynie biernym narzędziem pozbawionym wrażliwości (Tamże).

Sobór Watykański II upomniał się o laikat. W Dekrecie o Apostolstwie świeckich przypomniał, że wierni świeccy, nie tylko są pełnoprawnymi członkami Kościoła, ale i świata (DA, 1). Apostolstwo realizowane we wspomnianych obszarach musi przenikać miłość. To ona właśnie musi stać się „duszą apostolstwa”, którą ożywia tchnienie Ducha Świętego.

Miłość Boga nakazuje Kościołowi, ale i  każdemu prawdziwemu chrześcijaninowi, przyciągać każdego człowieka do pełnego światła prawdy, którą stanowi nauczanie Kościoła świętego („Spustoszona Winnica”). W taki sposób apostolstwo indywidualne przedstawia członkom Kościoła wybitny chrześcijański myśliciel D. von Hildebrand.

Z kolei więziony przez 13 lat wietnamski kardynał François Xavier Nguyễn Văn Thuận, podkreślał, że już pierwsi chrześcijanie postrzegali apostoła jako tego, który niesie Chrystusa w swoim sercu, wskazuje na jego obecność swoim zachowaniem, mową, działaniem,
a nawet zewnętrznym wyglądem. Mówiąc krótko: apostoł jest istotą przenikniętą Chrystusem, który przekazuje życie innym
(„Droga nadziei”).

Pierwszy częstochowski biskup Teodor Kubina, w swej  analizie laikatu nie omieszkał stwierdzić: Podobny jest nasz katolicyzm do rycerza uśpionego, zaczarowanego. Podziwiamy go i podziwiają go inne narody. Bo rycerz ten rzeczywiście jest potężny, jest piękny. Jest uzbrojony w zbroję stalową, jak rycerze średnich wieków i przypomina nam czasy wielkiej chwały i wielkiego czynu katolickiego, kiedy Polska katolicka była przedmurzem chrześcijaństwa („W podniosłych chwilach i doniosłych sprawach”).

Biskup Kubina, mówiąc o pięknie apostolstwa laikatu, porównuje je do wspaniałej tradycji polskiego oręża. Podpowiada nam, że na czole tego rycerza jaśnieje hasło: „Polonia semper fidelis” – „Polska zawsze wierna”. Naprawdę piękny, wspaniały to rycerz.  Ale cóż, kiedy śpi! (Tamże) Zatem: Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus (Ef 5,14).

Art

 

„Teraz Benedykt XVI jest niewidoczny, służy Kościołowi na kolanach, omadlając pontyfikat swojego następcy – Franciszka” – Lidia Dudkiewicz

Ratzinger

Urodziłem się w Wielką Sobotę, 16 kwietnia 1927 roku w Marktl nad Inn. To, iż dzień moich urodzin był ostatnim dniem Wielkiego Tygodnia i wigilią Wielkanocy, było w rodzinie ciągle podkreślane. W taki sposób papież Benedykt wspomina dzień swoich urodzin. W kwietniu bieżącego roku od wspomnianego wyżej dnia narodzin upłynęło 89 lat. Dziś ten młody chłopiec, który każdego dnia przemierzał na piechotę drogę do szkoły, która w jedną stronę zajmowała mu 30. min., jak wyraził to sekretarz Benedykta XVI abp Georg Gänswein w wywiadzie dla włoskiego miesięcznika „BenEssere la salute con l’anima” Jest jak świeca, która powoli i spokojnie gaśnie.

Pracujący u u boku Benedykta XVI od ponad dwudziestu lat abp. Gänswein, mówiąc o obecnym stanie papieża przyznaje, że mimo sędziwego wieku, jest niezwykle sprawny intelektualnie. Oczywiście pojawiają się typowe dla osób w podeszłym wieku problemy związane z chodzeniem. Benedykt XVI, jak ujawnił to abp. Gänswein:  prowadzi dość obfitą korespondencję, ale nie nie pisze już książek, ogranicza się do dyktowania listów swojej sekretarce. Chętnie prowadzi życie mnicha, ale wcale nie żyje w izolacji: modli się, czyta, słucha muzyki, przyjmuje wizyty, gra na fortepianie.

A przecież pamiętamy dokładnie tą zadumę i moment napięcia, kiedy to kardynał protodiakon Jorge Medina Estévez 19. kwietnia 2005 r., po zakończonym konklawe, ogłosił światu wybór nowego papieża Benedykta XVI słowami: Annuntio vobis gaudium magnum: Habemus Papam! Eminentissimum ac reverendissimum Dominum, Dominum Iosephum Sanctæ Romanæ Ecclesiæ Cardinalem Ratzinger, qui sibi nomen imposuit Benedicti Decimi Sexti.

Każdy, kto zetknął się z teologią J. Ratzingera, może obiektywnie stwierdzić, że zawiera w sobie coś z subtelnego wyczucia rzeczywistości, które idzie w parze z niemiecką precyzją. Nade wszystko, Ratzinger to geniusz argumentowania i przewidywania, wyposażony w doskonałą umiejętność demaskowania fałszu. Z publikacji papieża Benedykta, wyłania się obraz osoby, dla której uprawianie teologii wypływa zawsze z głębokiej modlitwy i siły intelektu przenikniętego pokorą.

Sam papież mówi o sobie: Staram się być człowiekiem prawym. Nie śmiem takim nie być, ale wydaje mi się, że jest to już bardzo ważne, aby nie ulegać grupowej presji albo wygodnemu kompromisowi ponad prawdą.

Zagadnienie prawdy stanowi klucz do rozumienia teologii J. Ratzingera. Zresztą, sam  na hasło przewodnie swojego biskupstwa wybrał zwrot z trzeciego listu św. Jana: Cooperatores Veritatis (Współpracownik prawdy). Uczynił to dlatego, by nie tylko podążać za prawdą, ale i być na jej usługach. W dzisiejszym świecie argument prawdy niemal zanikł, ponieważ wydaje się zbyt wielki dla człowieka; a jeśli nie ma prawdy, wszystko upada.

Przypadająca dziś, w uroczystość św. Apostołów Piotra i Pawła, 65. rocznica święceń kapłańskich papieża Benedykta, odsyła nas do katedry we Freising. To właśnie w tej katedrze, co ciekawe, mianowany przez Benedykta XV kardynałem, arcybiskup Monachium i Fryzyngi Michael von Faulhaber, udzielił święceń ponad czterdziestu kandydatom. W tym dwóm braciom Georgowi i Josephowi Ratzinger.

Sam papież po latach tak wspomina to wydarzenie: Był to punkt kulminacyjny mojego życia. W chwili gdy sędziwy biskup położył na mnie ręce, jakiś skowronek wzbił się na z ołtarza głównego katedry i zanucił radosną melodię. Było to dla mnie jakby zawołanie z góry: tak jest dobrze, jesteś na właściwej drodze!

Z perspektywy czasu można powiedzieć śmiało: Tak jest dobrze Ojcze Święty, jesteś na właściwej drodze! Dobry obyczaj nakazuje w tak uroczystym dniu złożyć życzenia. Te jednak najlepiej wybrzmią ustami papieża Franciszka, który podczas uroczystości z okazji 65 rocznicy święceń kapłańskich papieża – seniora, w Sali Klementyńskiej Pałacu Apostolskiego w Watykanie powiedział:

Życzenia, z którymi pragnę zakończyć są zatem życzeniami skierowanymi do Waszej Świątobliwości a jednocześnie do nas wszystkich i do całego Kościoła, aby Wasza Świątobliwość mógł nadal odczuć rękę miłosiernego Boga, który Ciebie wspiera, abyś mógł doświadczać i świadczyć nam o miłości Boga; abyś wraz z Piotrem i Pawłem, mógł nadal cieszyć się z wielką radością idąc ku celowi wiary.

Art

 

„Chwałą Boga jest żyjący człowiek” – św. Ireneusz z Lyonu.

Przechwytywanie

Dziś pochylamy się nad szczególną postacią w historii Kościoła, jaką jest bez wątpienia św. Ireneusz z Lyonu. Co do kwestii św. Ireneusza, to warto przypomnieć, co w tej materii mówi nam emerytowany papież Benedykt XVI. Dlatego w naszych rozważaniach skupimy się na tym, co w trakcie audiencji generalnej 28 marca 2007 r. papież Benedykt miał do powiedzenia na temat apostolskiego zaangażowania św. Ireneusza.

We wspomnianym przemówieniu, Benedykt XVI zwraca uwagę na to, że był św. Ireneusz był nade wszystko, człowiekiem głębokiej wiary i wyjątkowo twórczym pasterzem. To, co szczególnie urzeka w papieskiej katechezie, to niezwykle precyzyjne wyczucie i właściwe doprecyzowanie posługi św. Ireneusza. O apostolskim zaangażowaniu Ireneusza, papież mówi w następujący sposób: Jako dobrego pasterza cechuje go roztropność, bardzo dobra znajomość doktryny oraz żarliwość misyjna. Jako pisarz ma na względzie dwa cele: bronić prawdziwej doktryny przed atakami ze strony heretyków oraz przedstawiać w sposób jasny prawdy wiary.

Nie ulega dyskusji, że przedstawione wyżej przymioty, wśród których prym wiedzie: roztropność, wzorowa znajomość doktryny chrześcijańskiej, a nade wszystko pragnienie obrony wyznawanej wiary, idące w parze z klarownym wykładem doktryny, czyni z Ireneusza mistrza w zwalczaniu herezji. To właśnie w celu zwalczania błędnych poglądów i obrony autentycznej doktryny wiary przekazanej przez apostołów, pisze dwa fundamentalne dzieła swojego życia: „Przeciw herezjom” („Adversus haereses”) i”Dowód prawdziwości nauki apostolskiej” („Demonstratio apostolicae praedicationis”).

Analizując pokrótce sytuację chrześcijaństwa z II w., widzimy wiele analogii z czasami współczesnymi. Nie sposób jednak omówić tu o wszystkie zbieżności, ale warto zwrócić uwagę na jedną. Otóż Wspólnota Ludu Bożego w II w. zagrożona jest przez tzw. gnozę, czyli doktrynę, według której wiara nauczana przez Kościół ma charakter jedynie symboliczny i jest przeznaczona dla ludzi prostych, którzy nie potrafią zrozumieć rzeczy trudnych; natomiast wtajemniczeni, intelektualiści — nazywający siebie gnostykami — rzekomo zrozumieli, co kryje się za tymi symbolami, tak więc tworzyli chrześcijaństwo elitarne, intelektualne.

Gnostycy podjęli próbę stworzenia chrześcijaństwa jedynie dla intelektualistów. Utrzymywali przy tym, że jedynie oni posiadają dostęp do wiedzy wyższej. Dzięki czemu są włączeni do tzw. duchowej elity. Św, Ireneusz neguje wprost taką postawę mówiąc, że w tej materii lepiej jest i pożyteczniej mniej albo nic nie wiedzieć, a przy tym zbliżyć się do Boga przez miłość, niż chełpić się, że się wiele wie i wiele zebrało doświadczeń, a przy tym być uznanym za bluźniercę i wroga samego Boga.

Św. Ireneusz żywo angażuje się w zmagania Kościoła z herezją gnostycką, która bezpośrednio zagraża wierze chrześcijańskiej. Święty z Lyonu przekonuje przy tym, że nie może istnieć żadne wyższe chrześcijaństwo dla wtajemniczonych intelektualistów. Jednocześnie nie lekceważy wiedzy w kwestii uzasadniania wyznawanej wiary. Św. Ireneusz mając na uwadze wiedzę i wiarę, zdaje się potwierdzać to, co tak trafnie wyraził ks. Tischner twierdząc, że: Pobożność jest niezwykle ważna, ale rozumu nie zastąpi. W końcu wiara domaga się odpowiedzi, uzasadnienia chociażby tego dlaczego się wierzy.

Mając na uwadze pewne analogie chrześcijaństwa z II w., ze współczesnością, nie sposób nie zatrzymać się nad polską rzeczywistością. Jeżeli zgłębimy na nowo treść, przesłanie z pielgrzymki Benedykta XVI do Polski, to szybko zdamy sobie sprawę z tego, w którym miejscu historii obecnie się znajdujemy. To właśnie w duchu św. Ireneusza, emerytowany papież Benedykt, przypominia nam, że: ważne jest, aby polski katolicyzm, tak mocny życiem wiary, miał także tę siłę intelektualną, która podejmuje dialog z wszystkimi nurtami współczesnej myśli. Chciałbym, aby ten polski katolicyzm, nacechowany nie tylko siłą wiary, ale i siłą intelektu, mógł odegrać ważna rolę i poza Polską, w kontekście europejskim.

W naszej duchowej pielgrzymce po obszarach wiary prowadził nas dziś św. Ireneusz. Nie można ukrywać, że jego nauczanie jest wzorcowym sposobem przekazywania wiary, które pozwala wyjaśnić wszystkim ludziom dobrej woli przedmiot i zakres dialogu na temat wartości i wciąż na nowo ożywiać misyjną działalność Kościoła. Tym jednak, co szczególnie sprawia, że myśl Ireneusza jest i dziś tak bardzo aktualna, to kwestia rozumienia samego pojęcia życie.

Współczesnemu człowiekowi, który zdaje się żyć na peryferiach własnego człowieczeństwa, na których pobudował szereg fortyfikacji i umocnień oddzielających, zabezpieczających go przed Bogiem, z zapałem należy przedstawić antropologię zaproponowaną przez św. Ireneusza. Wzorem tego niestrudzonego pasterza, należy z defensywy przejść do ofensywnego działania Kościoła. Trzeba, mówiąc językiem papieża Franciszka: zrobić raban i być zawsze być krok przed propozycjami, jakie niesie konsumpcyjnego społeczeństwa, które poprzez swoje przemijające wartości coraz bardziej alienuje człowieka. Zawsze i wszędzie swoją postawą musimy uobecniać prawdę wypracowaną przez św. Ireneusza, że: Chwałą Boga jest człowiek żyjący. A życie człowieka jest kontemplowaniem Boga. 

Art

„Miłość oderwana od poczucia odpowiedzialności za osobę jest zaprzeczeniem samej siebie, jest zawsze z reguły egoizmem” – Karol Wojtyła.

Serducho

Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią
dla niego pomoc 
(Rdz 2:18). Niniejszy zapis Księgi Rodzaju przekonuje nas o tym, że kobieta i mężczyzna żyją względem siebie w pewnej relacji, odniesieniu. Jednocześnie przypomina nam o tym, ze kobieta w tej relacji ma być pomocą dla mężczyzny. Warto chwilę w tym miejscu zatrzymać się nad hebrajskim wyrażeniem עֵזֶר כְּנֶגְדּוֹ (ezer kenegdo), które dosłownie tłumaczy się jako: pomoc naprzeciw niego, pomoc dla niego.

I ci Ci, którzy redukują w tym miejscu pomoc dla mężczyzny rozumieją w kategoriach jej uprzedmiotowienia powinni zaprzestać dalszego czytania. Wracając jednak do sedna, czyli do kobiety. Nie kto inny, ale tak niezwykła kobieta jak Edyta Stein, podpowiada nam, na czym ta pomoc w rzeczywistości polega  w następujący sposób: Kobieta została stworzona na kształt zwierciadła, w którym mężczyzna może ujrzeć,  swoją własną naturę.

Współczesna nam amerykańska filozof Alice von Hildebrand podpowiada nam, że Bóg rzeczywiście stworzył kobietę, aby zachwycała swym pięknem. Jej urok, wdzięk i piękno w sposób nieodparty przyciągają mężczyzn i nie ma w tym nic niewłaściwego. Widzimy zatem, jak w przestrzeń relacji damsko-męskiej, wpisuje się dialog i potrzeba wzajemnego poszanowania odmienności.

Skoro mieliśmy okazję wysłuchać tego, co na temat bycia pomocą dla mężczyzny mają do powiedzenia kobiety, to chyba warto dopuścić do głosu także i mężczyzn. Karol Wojtyła, w publikacji pod jakże wymownym tytułem: „Miłość i odpowiedzialność”, odnosząc się do aktu stworzenia człowieka stwierdza: Kobieta zostaje powierzona opiece  mężczyzny, jego oczom, jego świadomości i wrażliwości, jego sercu.

Zadziwiającym wydaje się fakt, że w przytoczonym przez przyszłego papieża „katalogu obowiązków”, ochrona kobiety znajduje się na pierwszym miejscu, a serce, symbolizujące uczucia jest zamieszczone na ostatnim miejscu. Jeżeli przyjrzymy się tej koncepcji przez pryzmat tego, jak często mężczyźni bez nacisków i kobiecych sugestii wypowiadają słowo: kocham Cię, to wszystko staje się jasne.

Autor znanej publikacji „Mężczyźni są z Marsa a kobiety z Wenus”, John Gray, zwraca nam uwagę, że: Mężczyźni i kobiety najczęściej nie wiedzą, że mają różne potrzeby emocjonalne, a w efekcie trudno o intuicyjną wiedzę, jak mogą sobie nawzajem pomagać. Jeżeli właściwie odczytamy tezę Wojtyły, który przyjmował, że: miłość jest zjednoczeniem osób, to dojdziemy do tej samej konkluzji, do jakiej doszedł Arystoteles twierdząc, że: Kobieta i mężczyzna potrzebują siebie wzajemnie.

Kiedy mężczyźni i kobiety są zdolni do szanowania i akceptowania swojej odmienności, wówczas ich miłość ma szansę rozwoju. Stasi Eldredge, zwraca nam uwagę na to, że istotą kobiety jest jej piękno. Piękno nie tylko oczarowuje i fascynuje mężczyznę, ale sprawia, że: kobieta staje się piękna, gdy wie, ze jest kochana.

Sokoro liczebnie w naszych wakacyjnych rozważaniach na temat kobiet, przeważała płeć piękna, to pozwoliłem sobie zakończyć nasze rozważania słowami mężczyzny, a dokładniej, tego, co na temat piękna kobiet powiedział Jochim Badeni OP. Nasz dominikanin podpowiada nam, że: Piękno kryje się w osobowości kobiety, kobieta przyciąga do siebie mężczyznę swoją atrakcyjnością, dlatego kobieta powinna dbać o siebieI jeszcze jedno małe dopowiedzenie. Z pewnością miał rację Immanuel Kant twierdząc, że: Piękno uczy nas kochać bezinteresownie.

AD

 

„Tylko ludzie odpowiedzialni są zdolni do stworzenia przestrzeni wzajemności”

DIALOG

 

Dialog oznacza, że ludzie wyszli z kryjówek, zbliżyli się do siebie, rozpoczęli wymianę zdańTak w Etyce solidarności” o dialogu, czy też jak wolą inni, filozofii spotkania pisał J. Tischner. Jednocześnie nasz filozof zwraca uwagę na dramatyczne położenie człowieka, który odnajdując się w tym dramacie musi przeżywać dany czas, mając wokół siebie innych ludzi i ziemię jako scenę pod stopami („Filozofia dramatu”).

W opinii Księdza Tischnera człowiek stanowi egzystencję dramatyczną, ponieważ trzy kluczowe czynniki konstytuują jego byt: otwarcie na innego człowieka, otwarcie na scenę dramatu i na przepływający czas (Tamże). W tej perspektywie, za kluczową kwestię uznaje się dialog. Jednakże, żeby był dialog, trzeba dwóch rzeczy: najpierw uszu, potem ust. Najpierw słuchamy, potem mówimy („Wiara ze słuchania”).

Powiedzmy sobie szczerze, że często dialog nie należy do rzeczy łatwych. Ileż przeszkód trzeba niekiedy pokonać, by rozpocząć dialog! Ile cierpliwości, by go kontynuować! Trzeba tylko przezwyciężyć lęk i usunąć uprzedzenia, ale również wynaleźć taki język, który dla obu stron znaczy to samo („Wiara ze słuchania”).

Kiedy druga osoba stawia mi pytanie, to w rzeczywistości kwestię, którą mi komunikuje rozpoznaję po głosie, spojrzeniu lub wyrazie twarzy. Ogólnie rzecz ujmując po mowie ciała. Jednak samo pytanie nie jest głosem, błyskiem w oku, czy wyrazem twarzy. Pytanie odwołujące się do mojej „przestrzeni wolności” i jest roszczeniem. Bo przecież ten, kto pyta, rości sobie prawo do odpowiedzi. Pierwszą odpowiedzią na pytanie jest świadomość, że trzeba odpowiedzieć („Filozofia dramatu”).

Ponad przepaścią niechęci i uprzedzaniami, rozmowa tworzy takie więzi, jakich nie ma w żadnym innym przypadku. I w tym miejscu Tischner, podpowiada nam że jedną z więzi jest zaufanie. Ufam, że mnie słyszysz i odpowiesz („Zrozumieć własną wiarę”). Jest jeszcze jedna, bardzo istotna kwestia, którą stanowi izolowanie się od drugiego człowieka połączone z ucieczką od wzajemnego spotkania. Nie czarujmy się, kto ucieka od innego  człowieka, zrywając więzy dialogu, ten dąży do tego, by radykalnie zamknąć się na niego („Filozofia dramatu”).

Fundamentalny warunek dialogu, w dialogicznej filozofii Tischnera stanowi zdolność do wczucia się. W tej materii naszemu podhalańskiemu filozofowi, zdaje się nie chodzić o zwrócenie uwagi jedynie na współczucie, lecz o coś bardziej istotnego. O uznanie, że drugi ze swego punktu widzenia zawsze ma trochę racji („Etyka solidarności”).

Zastanawiając się nad tym, jak rozmawiam, dialoguję z Drugim, chyba warto w tej materii uczynić „rachunek sumienia”. I w tej materii Ksiądz Tischner przychodzi nam z pomocą mówiąc do każdego z nas: Myślę, że owocem dialogu jest dojście do jakiejś prawdy. Tam, gdzie nie dochodzi się do prawdy, jest tylko wymiana zdań („Etyka solidarności”).

Art.

„Gdyby zebrano wszystkie łzy, które od początku świata zostały wylane przez kobiety, można by je pod względem wielkości porównać do morza. Natomiast łzy wylane przez mężczyzn wypełniłyby jedynie niewielki staw” – Alice von Hildebrand

Kobieta

 

U Platona piękno przedstawia się jako pewna forma obiektywnej własności, którą w sposób właściwy można rozpoznać i oceniać za pomocą wychowania. Stąd też na kartach „Państwa”, nie zawahał się stwierdzić, że: Człowiek należycie wychowany, co piękne chwalić potrafi, brać je w głąb własnej duszy, żywić się nimi i przez to się doskonalić.

W filozofii Platona idea piękna, czy też piękno samo w sobie, przedstawia się jako rzeczywistość nieskalana, niezmienna, czysta, wolna, wieczna. Równocześnie nasz filozof poucza nas, że i byty materialne mogą uchodzić za piękne. „Hippiasz większy”,  zawiera ciekawe stwierdzenie: O piękno samo pytałem, o to, co niech się tylko w jakiejś rzeczy znajdzie, zaraz ona się robi piękna: i kamień, i drewno, i człowiek, i bóg, i każdy czyn, i każda nauka. Zobaczmy zatem, jak ściśle piękno wiąże się ze zmysłem wzroku. Chyba coś na ten temat najlepiej wiedzą panowie.

Wracając do platońskiej idei piękna, szybko przekonujemy się, że towarzyszy nam ona na różnych etapach naszego życia. Bo przecież już za młodu chodzi człowiek za ładnymi ciałami i jeśli go dobrze przewodnik poprowadzi kocha jedno z tych ciał i tam płodzi myśli piękne.; niedługo spostrzega, że piękność jakiegokolwiek ciała i piękność innych ciał to niby siostry rodzone i, że jeśli gonić za istotą piękną to musi dobrze oczy otworzyć i widzieć, że we wszystkich ciałach jedna i ta sama piękność tkwi.
A kiedy to zobaczy, zaczyna wszystkie piękne ciała kochać.

Ks. J. Tischner podpowiada nam, że to właśnie u Platona doświadczenie piękna wprowadza w relację międzyludzką moment niewierności. Co robi platończyk, który na swej drodze spotka jeszcze większe piękno – większe od tego, które spotkał wczoraj? Czuje się tak samo zniewolony, tak samo zawładnięty, pełny jeszcze większego zachwytu… Nie może postąpić inaczej: porzuca wczorajsze piękno na rzecz piękna, które dziś widzi

Rzeczywiście, jeżeli element odniesienia, relacja do piękna zostanie zabarwiona przez upojony i bezładny eros, to nawet egzystencja niejednej pięknej kobiety zakończy się upadkiem i degradacją jej człowieczeństwa. Tak więc staje się ewidentnym, że eros potrzebuje dyscypliny, oczyszczenia, aby dać człowiekowi nie chwilową przyjemność, ale pewien przedsmak szczytu istnienia (Benedykt XVI, „Deus Caritas est, 4). 

Istotą kobiety jest jej piękno. Na to właśnie zwraca uwagę Stasi Eldredge, przypominając mężczyznom, że: w każdej kobiecie jest piękno do odkrycia. I może rzeczywiście tak jest, że piękno zniewala nas, oczarowuje i fascynuje, ale jeżeli przewodnik nas dobrze prowadzi, to i sam zainteresowany kocha jedno z tych ciał. W ten sposób kobieta przekonuje się o tym, że tylko wtedy staje się piękna, gdy wie, że jest bezwarunkowo kochana.

Ojciec Joachim Badeni, w książce „Kobieta boska tajemnica” mówi nam wprost, że: piękno kryje się w osobowości kobiety, kobieta przyciąga do siebie mężczyznę swoją atrakcyjnością, kobieta powinna dbać o siebie. I tutaj własnie, w tej całej dyskusji nad pięknem, dotykamy problemu wyglądu, czy jeżeli ktoś woli wizerunku, a co za tym idzie, tematu zakupów w galerii, czy centrach handlowych. Cóż powiedzieć w tej materii? Jedynie chyba tyle, co Platon: człowiek należycie wychowany, co piękne chwalić potrafi. 

ART 

 

Zaczęły się wakacje :)

Wakacje

 

Przeglądając w różnych źródłach leksykalnych kwestii związanych z terminem: czas wolnynapotykamy na niezwykły urodzaj, lub jak ktoś woli bogactwo odcieni tego słowa. Mając na uwadze mowę potoczną , czas wolny natychmiast kojarzy się z pewną formą odpoczynku, relaksu urlopu, czy wyjazdów.

W języku greckim, na określenie czasu wolnego, używa terminu scholé. Wyraz ten posiada kilka znaczeń. Po pierwsze poprzez pryzmat tego słowa rozumie się bezczynność, spokój, ulgę. Po drugie, znaczenie to zwraca naszą uwagę na to, czemu tak na serio poświęcamy nasz wolny czas: rozmowy, lektura książek , spotkania, spacery, wędrówka. Trzecie znaczenie niniejszego terminu wspomina o opieszałym wykonywaniu czynności, ale też wspomina o nieróbstwie i próżnowaniu. Tyle w kwestii źródeł.

Warto i nam pochylić się nad tymi terminami na progu wakacji, aby czekający nasz czas nie został wypełniony pustką, nieróbstwem, czy wręcz próżniactwem. John Stott podpowiada nam, że: „ciału i umysłowi potrzeba odpoczynku. Także i duchowi ludzkiemu potrzebna jest możliwość oddania Bogu należnej czci”. Z kolei św. Jan Paweł II podpowiada nam, że niestety zdarza się czasem, iż: horyzont człowieka staje się tak ciasny, że już mu nie pozwala zobaczyć nawet „nieba”… Nawet odświętnie ubrany nie potrafi świętować.

W perspektywę czasu wolnego nakłada się na wolność człowieka. Alice von Hildebrand podpowiada nam, że: człowiek jako istota wolna, może dokonać wyboru w każdej sytuacji życiowej; może wybierać również rozwiązania złe. Nasz odpoczynek ma sprzyjać równowadze duszy i ciała. Człowiek z punktu widzenia filozofii to harmonijna całość. Powiedzmy wraz z Arystotelesem, że człowiek jest jednością psychofizyczną, Dlatego wypoczynku domaga się i dusza i ciało.

By nie ulec nudzie i znużeniu przy okazji przeżywania wakacji weźmy sobie do serca przestrogę Sztaudyngera, który fraszką poucza nas, że: Są ludzie z dusza zrzędną, przy takich kwiaty więdną.

ArtD
 

„Nie sztuką być ojcem, ale ojcem być to sztuka”

Rembrandt

Pod koniec swojego życia Rembrandt namalował obraz „Powrót syna marnotrawnego”. Zadziwiające jest to, że nasz holenderski artysta namalował ojcu dwie różne dłonie. Jedna z nich jest dłonią kobiecą smukłą i białą. Drug natomiast to dłoń męska, szeroka i spracowana.  Nasz siedemnastowieczny obraz nawiązuje wprost do biblijnej przypowieści o „Synu marnotrawnym”. Rembrandt i nam. ludziom XXI wieku stawia za wzór postawę nie tylko syna, ale i ojca, który każdego dnia wypatrywał powrotu ukochanego syna do domu.

Postawa, którą prezentuje ojciec, mówiąc językiem Karola Wojtyły, zawiera sobie coś nie tyle z promieniowania ojcostwem, co z „Promieniowanie ojcostwa”. To własnie w napisanym w 1964 r. dramacie autorstwa Karola Wojtyły odkrywamy fundamentalną prawdę nie tylko o przeznaczaniu człowieka, ale nade wszystko o byciu ojcem.

Szczególną formę wspólnoty stanowi rodzina. W niej ojcostwo posiada nie tylko charakter decydujący, ale stanowi źródło jedności. Przedstawione przez Wojtyłę „promieniowanie ojcostwa” wyzwala z samotności i przedstawia się jako pewna forma postawy, która wnosi w przestrzeń rodzinnych relacji siłę i pokój.

Karol Wojtyła uczy nas, że bycie ojcem to: „wiązanie świata najmocniejsze”. W końcu przecież, kiedy rodzi się dziecko, ty rodzisz się w nim na nowo – i ja raduję się z tych narodzin. Dramat Karola Wojtyły przypomina nam o tym, że ojcostwo oraz związana z nim bezwarunkowa miłość wyzwalają ojca z tragizmu, a nade wszystko z pokusy samotności.  To ojcostwo przekonuje nas o tym, że ten świat kształtujemy wspólnie z dziećmi.

Miłość ojcowska to nic innego, jak bezwarunkowe przyjęcie dziecka takim, jakim ono jest. Ojciec powinien kochać dzieci nie za to, co one robią, lecz tylko dlatego, że są one jego dziećmi. Warto pamiętać o wskazówce Korczaka, że nierozumną miłością można katować dzieci.  Dlatego trzeba kochać mądrze, ponieważ tylko w prawdzie miłość nabiera blasku i może być przeżywana autentycznie. Tylko prawda, jak uczył nas Benedykt XVI, jest światłem nadającym miłości sens i wartość.

W książce Korczaka „Jak kochać dziecko” możemy przeczytać, że: Dziecko jest cudzoziemcem, nie rozumie języka, nie zna kierunku ulic, nie zna praw ani obyczajów. Potrzebny jest mu przewodnik, który grzecznie odpowie na wszystkie pytania. Tym przewodnikiem jest ojciec, który daje dziecku nie tylko poczucie bezpieczeństwa i siły, ale wprowadza go w świat wartości.

Chociaż ojcowie rzadziej niż matki mówią o miłości, czy też wyrażają ją, to jednak nadzieją napawa fakt fakt, że każdemu z ojców do autentycznego rozwoju potrzeba miłości. Dokładnie rozumiał to Karol Wojtyła, który w „Pieśni o Bogu ukrytym”, przedstawił nam ojcostwo w perspektywie budowania relacji z dzieckiem opartej na bezwarunkowej miłości słowami:

Miłość mi wszystko wyjaśniła,

Miłość wszystko rozwiązała –

dlatego uwielbiam tę Miłość,

gdziekolwiek by przebywała.

 

AD

 

 

„Jestem niby niedowiarkiem, że odrzucam obrzędy. Ale pozostała mi wiara w Boga i modlitwa. Bronię tego, gdyż bez nich żyć nie można. Człowiek nie może być tylko ślepym trafem” – Janusz Korczak.

mam

 

Całe życie Janusza Korczaka związane było z Warszawą. W „Pamiętnikach” wyraził się wprost, że: Warszawa jest moja a ja jestem jej. Bez wątpienia stolica zajmuje szczególne miejsce w życiu Korczaka, jednakże zetknięcie się z myślą pedagogiczną Johanna Heinricha Pestalozziego owocuje latem 1899 r. wyjazdem do Szwajcarii, w celu zgłębienia myśli filozoficzno–pedagogicznej szwajcarskiego pedagoga. Tam właśnie zapoznaje się z zasadami funkcjonowania szkolnictwa, szpitali, instytucji charytatywnych.

W 1912 r. Janusz Korczak zostaje dyrektorem warszawskiego „Domu Sierot” dla dzieci żydowskich, przy ul. Krochmalnej 92. W sierocińcu, w szybkim tempie opracowuje i wdraża w życie nowatorski system opiekuńczo – wychowawczy. Przeprowadza długofalowe badania nad problematyką dziecka. Równocześnie, prowadzi szeroko zakrojoną działalność, na płaszczyźnie społecznej i oświatowej.

Na dorobek intelektualny Janusza Korczaka składa się wiele książek. Pisał głównie dla dzieci, młodzieży. W tym miejscu warto wymienić trzy z najbardziej znanych publikacji: „Król Maciuś I”, „Król Maciuś na wyspie bezludnej”, czy „Kajtuś Czarodziej”. Niestety, twórczość intelektualna Janusza Korczaka, zostaje dramatycznie przerwana w roku 1940. Decyzją niemieckich władz okupacyjnych, prowadzony przez Korczaka „Dom Sierot”, zostaje przeniesiony do warszawskiego getta.

W tak dramatycznym miejscu, Janusz Korczak, troszczy się o stan psychiczny dzieci w getcie. Organizuje im koncerty oraz amatorskie przedstawienia teatralne. Muzyka, poezja, teatr, stanowią doskonałą odskocznię dla dzieci, od koszmaru codzienności warszawskiego getta. W sierpniu 1942 roku, Janusz Korczak, wraz  z personelem i dziećmi zostaje wywieziony y getta do hitlerowskiego obozu zagłady w Treblince. Tam ginie wraz ze swymi wychowankami w komorze gazowej.

Bez wątpienia Janusz Korczak jest typem wychowawcy, który konsekwentnie odrzuca wszelkie kompromisy i dialog ze złem. Za niegodziwą uważał propozycję uratowania się z transportu zagłady. Jako opiekun, nie zgadza się na pozostawienie dzieci samym sobie. Ostatnie chwile Janusza Korczaka i jego podopiecznych wspaniale opisał nam Emanuel Ringelblum w „Kronice getta warszawskiego”: Nie! Tego obrazu nigdy nie zapomnę. To nie był marsz do wagonów, to był zorganizowany, niemy protest przeciwko bandytyzmowi! W przeciwieństwie do stłoczonej masy, która szła na rzeź jak bydło, rozpoczął się marsz, jakiego nigdy dotąd nie było. (…) Były to pierwsze szeregi, które szły na śmierć z godnością, ciskając barbarzyńcom spojrzenia pełne pogardy. (…) Nawet Służba Porządkowa stanęła na baczność i salutowała. Gdy Niemcy zobaczyli Korczaka, pytali: Kim jest ten człowiek?

Można by dopowiedzieć, kim jest ten człowiek, który nie boi się śmierci i wybiera agonię razem ze swymi podopiecznymi. Korczak idzie na śmierć z tymi, których wychowuje, a nade wszystko kocha. Własnym przykładem zdaje się potwierdzać ideę, w którą wierzył bezgranicznie: Ludzie czują i rozważają śmierć pod kątem końca, a ona jest tylko dalszym ciągiem życia, innym życiem. Korczak nawet w tak barbarzyńskim miejscu jak getto, słuchał głosu własnego sumienia, które każe mu sformułować arcyciekawą tezę: Nikomu nie życzę źle. Nie umiem. Nie wiem, jak to się robi.

W twórczości Janusza Korczaka znajdujemy znaczną ilość wypowiedzi stanowiących o jego szacunku dla kwestii związanych z wiarą. Zadziwiające jest to, że przebywające w „Domu Sierot”, dzieci uczył modlitwy. Dzieci w sierocińcu modlą się do Boga trzy razy dziennie słowami modlitwy, ułożonej przez samego Korczaka. Już w projekcie budowy „Domu Sierot”, przewidział Korczak, umieszczenie kaplicy. Pomimo sprzeciwu, ze strony swej współpracowniczki, Maryny Falskiej, która z dużą dozą niechęcią, odnosiła się samej koncepcji, jak i do kwestii codziennych praktyk modlitewnych. Korczak jednak trwa przy swoim przekonaniu.

W odpowiedzi na takie zachowanie, Maryny Falskiej, Janusz Korczak jej konkretne pytanie: Co pani da dzieciom w zamian za to? Korczak uważa, że dziecko, szczególnie sierota, potrzebuje indywidualnego, osobistego dialogu z Bogiem oraz stworzenia przestrzeni, w obrębie której może się ono wypłakać i wyciszyć. W wydanych przez siebie „Pamiętnikach” utrzymuje, że bez odniesienia do Boga, nie można przedstawić dzieciom tajemnicy świata, życia i śmierci. Taka postawa Korczaka zaskakuje, na kanwie napisanej wiele lat wcześniej „Spowiedzi motyla” szokuje. Nasz Pedagog napisał o sobie: Jestem niby niedowiarkiem, że odrzucam obrzędy. Ale pozostała mi wiara w Boga i modlitwa. Bronię tego, gdyż bez nich żyć nie można. Człowiek nie może być tylko ślepym trafem.

Zadziwia fakt, że w świeckim systemie edukacji Janusz Korczak opracowuje i wciela w życie projekt który uwzględnia nie tylko duchowy rozwój człowieka, ale wprost odniesienie wartości wprost do Boga.

Art

„Czasem tak bardzo pragniemy być aniołami, że zapominamy, że możemy być dobrymi ludźmi”.

heja

 

Ludzie, jak trafnie wyraził to ksiądz profesor Józef Tischner, od zawsze „tęsknią do spotkania ze świętością” (1). Doświadczenie sacrum, stanowi autentyczne „źródło lęku” i „fascynacji człowieka”. W tym kontekście, „misterium tremendum et fascinosum”, przedstawia się człowiekowi, jako przedmiot trwogi zanurzonej w oceanie boskiej bezwarunkowej miłości.

Egzystencja ludzka, rozwijając się we wspomnianej wyżej przestrzeni lęku i fascynacji (2), zdaje się wymagać obecności drugiej osoby, czyli kogoś innego – postaci, która będzie nas wspierać w naszych dążeniach. Tym samym, autentycznym wydaje się stwierdzenie, że: „doświadczamy innego, spotykając go” (3). Dlatego, już samo spotkanie, „pociąga za sobą istotną zmianę w przestrzeni obcowań” (4).

To dzięki spotkaniom z osobami doświadczamy bliskości drugiego człowieka, który z biegiem czasu, staje się dla nas kimś bliskim – naszym przyjacielem. Już wybitny francuski lotnik, pisarz i poeta, Antoine de Saint-Exupery zauważył, że: „przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają jak latać” (5).

Powiedzmy sobie jasno, że przyjaciel, to osoba, która zawsze potrafi nas zafascynować, a w chwili trwogi, czy grozy, nawet stworzyć nasze porozbijane człowieczeństwo z nicości, w całość. Tym samym, przyjaciel to ktoś, kto scala naszą egzystencję na nowo. Wydaje się, że autentyczne spotkanie z przyjacielem, wprowadza w przestrzeń międzyosobową pojęcie długu wdzięczności.

Myśląc o przyjaźni przychodzi nam na myśl słynne stwierdzenie Tischnera z „Historii filozofii po góralsku”: „Nie prowdy sukoj, ino kolegów” (6). Zauważamy tutaj, że „w subtelnej kwestii wyższości prawdy nad przyjaźnią Tischner nie stanął po stronie Arystotelesa” (7). Nie ulega dyskusji, że wypowiedź Tischnera rozumieć należy w kontekście doświadczenia drugiego człowieka i odczytać ją w perspektywie następujących słów: „Prowde dziś tracis, jutro znachodzis, a jak kolege stracis, to już przepadło” (8).

W konkluzji nad naszą refleksją dotyczącej przyjaźni, czy też przyjaciół, dokonujemy „rachunku sumienia” w naszych relacjach. Mówiąc teologicznie w naszej refleksji umartwiamy nasze ego, które podpowiada nam, że jesteśmy prawie czyści w relacjach jak aniołowie. I w tym kontekście odczytujemy na nowo słowa ks. Tischnera, który przypominam nam, że: „Czasem tak bardzo pragniemy być aniołami, że zapominamy, że możemy być dobrymi ludźmi” (9).

W naszej refleksji nad przyjaźnią doszliśmy w końcu do końca naszych rozważań, a w zasadzie do jednoznacznej konkluzji. Nam chodzi o zwrócenie uwagi na to, że w tym naszym byciu człowiekiem (osobą), idzie nie tyle o to, by być aniołem, czy udawać go, ale o to, aby być dobrym i prawym człowiekiem, który wnosi w życie w innych, pozytywne wartości. Dlatego niech naszemu postępowaniu rytm wytycza sentencja, którą wypowiedział ks. J. Tischner: „Bądźmy zatem normalnymi ludźmi, a nie jak istota, co to zażenowana swym anielstwem udaje dosyć źle człowieka” (10).

AD Fides
——————————————————-
1) J. Tischner, Wobec wartości, Poznań 2001, s. 37.
2) Tamże, s. 123.
3) J. Tischner, Filozofia dramatu, Kraków 2012, s. 25.
4) Tamże.
5) K. Nowak, Leksykon złotych myśli, Warszawa 1998, s. 31.
6) J. Tischner, Historia filozofii po góralsku, Kraków 2009, s. 37.
7) J. Strzałka, Anioł w Krakowie…, w: „Tygodnik Powszechny” Nr 37 (2775), 15 września 2002, s. 4.
8) J. Tischner, Historia filozofii…, s. 36.
9) J. Tischner, Myśli zebrane, Kraków 1987, s. 23.
10) J. Tischner, Świat ludzkiej nadziei, Kraków 2000, s. 39